Oficjalnie postanowiłam dorosnąć. Dorastanie miało się objawić:
1. przyjęciem odpowiedzialności za swoje życie i zarobki - i to w miarę się udaje
2. założeniem konta internetowego
3. uregulowaniem spraw urzędowych wszelkich - mission impossible, bo nawet nie wiem, co załatwiać właściwie
4. wywalczeniem kredytu
5. zakupem mieszkania
Jestem na etapie 2 i pół. I już jest pod górkę. Bo po pierwsze - poszłam do banku, aktywowałam usługę konto Internetowe, podpisałam, nawet odebrałam telefon od konsultanta i ustaliłam PIN.
Znalazłam stronę, wymyśliłam hasło, zalogowałam się - WALCZYŁAM dzielnie.
I zonk. Żeby móc cokolwiek zrobić muszę mieć kartę kodów. Karty nie mam, bo skąd mam ją wziąć. Mogę zmienić autoryzację z karty kodów na smsy, ale do tego potrzebuję... kodu z karty kodów. Normalnie tu bym się poddała. Ale nie. Dzwonię do konsultanta. A pan mówi, że mam kartę kodów. Z ... 2004 roku! Nie muszę dodawać, że karty tej nie mam, prawda?
Na szczęście mogę kartę unieważnić i zamówić nową, która ... Przyjdzie pocztą. Polską. Cholera wie kiedy. Tak się działa w dobie Internetu.
No, a potem była próba sprawdzenia siebie w KRD, umówienie z doradcą finansowym, telefon do pani pośrednik - masakra.
Teraz nadciąga kolejne szaleństwo, bo trzeba się z nimi pospotykać, ustalić, uregulować kwestię karty kredytowej, którą podobno mam, chociaż nie mam, zjeść paznokcie zastanawiając się, czy kredyt mi dadzą, obejrzeć mieszkania, wybrać coś sensownego, nie zwariować.
Wiosna przyszła. Nie chce mi się. Trochę cieszy myśl, że mogłabym mieć swoje miejsce. Ale boję się jak dziecko, że mnie ta cała dorosłość zje i zniszczy.
O, taka jestem nudna.
'Cause this is my United States of Whatever
Etykiety: bez sensu, do dupy, dorosłość