sobota, październik 29, 2005

Król szmaragdowych gaci


Moi drodzy, oto nadeszła wielkopomna chwila!
Na wyspie pojawił się ratownik. Nie byle jaki. Ratownik w cudnej urody szmaragdowych gatkach i z kawą w dłoni. Ratownik o jakim snią miliony. Od dzis będzie strzegł naszego bezpieczeństwa. Niczym anioł stróż czy inny David H. Zatem zimną kawą wznoszę toast za zdrowie Ratownika.

'Cause this is my United States of Whatever

Endrju w wysokiej formie

 

Komuś jeszcze się nie podoba, że jestem marszałkiem? Posted by Picasa

piątek, październik 28, 2005

long-term initiative

Rzucam pracę. Będę żyła z zapomóg, którymi chojnie obdarzy nas pan prezydent. Rzucam pracę, bo i tak tylko do niej dopłacam. I wrzodów dostaję.
A tak poczytam, pooglądam filmy, na spacer pójdę, zdjęcia porobię a jak zgłodnieję pójdę na obiad do braci. Na kaczkę po warszawsku bez jabłek ale za to z piórkiem w dupie. (Kaczki dupie, nie mojej).
'Cause this is my United States of Whatever

czwartek, październik 27, 2005

sobieeeeeeee

Sobie napisała. odpisuję "WRACAJ". Coorvah mutch.
Dlaczego nigdy nie wyjeżdżają szynszyle i inne choinki.
Tak Sobiee mysle.
'Cause this is my United States of Whatever

poniedziałek, październik 24, 2005

gęsia pałka

W obliczu klęski czas na półgęski.

" Kiełbasa wędzona z piersi i pałek gęsich.
Kiełbasa ta jada się na surowo, jest wyborną i przechodzi w smak półgęski. Do jednej piersi i dwóch obdartych ze skórek pałek z gęsi dobrze utuczonej, bierze się soli łyżkę stołową, saletry kawałek wielkosci małego laskowego orzecha, czosnku tyle co ziarnko grochu, pieprzu dwanascie ziarn, angielskiego ziela dziesięć, z tem wszystkiem utłuc na miałko, mięso z piersi i pałek wyżyłowanych pokrajać, dołożyć usiekanego trochę tłuszczu z pod skór gęsich i umięszawszy razem, nadziać zwykłą kiełbasnicę i wędzić przez 24 godzin, z tej ilosci jest więcej jak łokieć kiełbasy."

Lucyna Ćwierciakieewiczowa: "Jedyne praktyczne przepisy"

A na deser:
http://pl.wikiquote.org/wiki/Lech_Kaczy%C5%84ski
http://www.kaczynskimamalegofiutka.org/

'Cause this is my United States of Whatever

kwa (s)


No to sobie nacja wybrała,
coorvah mutch!

Platynka, simply platynka!



'Cause this is my United States of Whatever

niedziela, październik 23, 2005

Jest jeszcze śledź w śmietanie...

Już niedługo będzie wiadomo, czy wygrał Kaczor, czy Donald, a na razie polecam wypowiedź pewnej piosenkarki z odległej wyspy:

(...)And maybe these politicians think that they are 95% of our lives and that we should all just worry about if Bush gets re-elected or not and what's gonna happen to the muslims or whatever. And I think it's about 5% important, and 95% is like... children going to school, the latest breakdancer, people starving and people losing their jobs and people telling awful jokes, and all these other stuff, you know. People in space, and jellyfishes in the ocean having affairs with other jellyfishes. I'm inventing marinal soap operas here, sorry. But there's just a lot of other stuff, and it just got boring after a while. So maybe this record is partly an attempt to say "wait a minute, there's other stuff out there you know". That's it." (Björk, XFM 25aug04)

A w razie czego, zawsze można z tego kraju płonących zniczy i rodzin wielodzietnych stojących w kolejce po laptopy - odlecieć.
Na Wyspę.

'Cause this is my United States of Whatever

krajowa kaszanka czy importowane pikle?

Lans zakończył się sukcesem. Jak zwykle. Mógłby ktos jeszcze sie polansowac na miescie, bo lekko doskwiera mi juz ten spoczywajacy na naszych barkach ciezar upowszechniania lansu (brawo, zdanie jak z raportu finansowego Klausa!!)
Problem polega na tym, że nikt nie lansuje się tak jak my.
Choćby ten wczoraj co niemal ornament na słupku zębem wydziergał. Wije się toto, kręci tym swoim zadem, koszulina jakas taka amerykanska (coorva mutch) i włos z połyskiem co i raz mierzwi. A nie wie chłopię to nędzne, że w Polsce to inaczej, że w Polsce to maczo siada, browarek pije, paznokieć obgryza i od czasu do czasu guzik we flanelce poluzuje. I się nie zmęczy i towara wyrwie.
Ale niestety pan wyraźnie importowany. Zaparkował przed Organzą. Swój pojazd kosmiczny.
Jakuzz czy my przypadkiem nie powinnysmy zamontować sobie tipsów?? Coorvah mutch? Panowie już mają.


'Cause this is my United States of Whatever

czym kończy się lans

Dzień zapowiedział się słabo, bo jako niedziela się zapowiedział, dobrze, że nie zapowiedział się wczesniej niż w południe. Poranek uznaję jednak za piękny i będę się trzymac tej wersji, choć zdecydowanie cos uwiera mnie w jestestwo. Gdybym, jak Kanadyjczyk-coorvah-mutch, srała 6 razy dziennie, może udałoby mi się od razu zlokalizować i unieszkodliwić przyczynę uwierania. Ale nie, prawdziwy falafel zdetonuje się, jak mu się zachce.
Mimo wszystko jego spożywanie podczas wczorajszejszego lansowania się w Warszawie będzie jeszcze przez długi czas uroczym wspomieniem.
Wnioski ogólne z lanserskiej sesji:
1. Nigdy więcej falafela.
2. Lans w stolicy to bułka z masłem. Jeszcze z domu dobrze nie wyszłysmy, a już byłysmy wylansowane. Może to przez tą zepsutą pralkę i brak NAPRAWDĘ czystych ciuchów.
3. Nie ma się co lansować w Organzie. Słabiutko jest, a monotonia muzyki to idealne tło dla monotonnie przepaskudnych tzw. mężczyzn. 5 lanserskich punktów dla tego, który kochał się z barierką i chyba próbował z panem obok.
4. Mieszkamy cudownie blisko centrum.
5. Zimno trochę na siedzenie przy stolikach na zewnątrz.
6. Znajomych mamy coraz bardziej bezczelnych.

No i tak, piję kawę i tęsknię już za wami, moi drodzy. Przyjaźn polsko-amerykańsko-kanadyjska, coorvah mutch.


'Cause this is my United States of Whatever

niedziela, październik 16, 2005

tekila sanrajz

W srodę Jacuzz mówi "Padam!"
Ciut zmęczona, troche blada.
"Bez ekscesów dzis wieczorem
Łóżko wczesnie i paciorek.
Zocha zgodnie potakuje
Nie najlepiej się dzis czuje
"80 stron tłumaczeń!
Czas do pracy!" - rzewnie płacze.
Już komputer odpaliła
Dupkę w krzesle umosciła
Nie minęło pół godzinki,
Nadszedł czas na 2-3 drinki.
Łyk tequili, kęs limonki
"Oj, jak miło zbijać bąki!"
"Jak cudownie się to pije!
Jeszcze jeden nie zabije".
Tym sposobem w czas niedługi
Jacuzz musi isć po szlugi.
Długo nie ma nieszczęsnicy
Zocha czas jej ciągle liczy,
Wreszcie wraca ze zdobyczą
Teraz obie miarki liczą.
Jedna, druga i kolejne
Głowy już pomysłów pełne
Gdy dobrnęły do dna trunku,
Zawołały wraz "ratunku!".
Z przerażenia aż pobladły,
Potem szybko w sen zapadły
Błogi sen alkoholowy,
Zakończony bólem głowy.
Nie znikną, pomimo chęci,
Straszliwe dziury w pamięci.
"Już się więcej tak nie bawię!"
"Czy rzuciłam wczoraj pawiem?"
"Czy ktos w piciu nam dopomógł?"
"Czy się stała krzywda komus?"
"Skąd ten dziwny ból wątroby?"
"Skąd się wziął ten zawrót głowy?"
"Jak się zrzygać posród ludzi?
Wszak mój paw się własnie budzi".
Na przystanku kiosk majaczy
Za nim Zosia teren znaczy,
Nim po lekcji angielskiego
Rzygnie w domu ucznia swego.
Jacuzz w domu cienko przędzie
Na bełta się nie zdobędzie
Włos zmierzwiony, blade lica
Na każdym kroku miednica.
Tak płynął czas do wieczora
Aż pozbyła się kacora.
Później długo przysięgały,
Że ostatni raz tak chlały.


Połowę odpowiedzialnosci za powyższe dzieło zrzucam na Zosię. Wbrew pozorom tworzyłysmy już na trzeźwo.
'Cause this is my United States of Whatever

sobota, październik 15, 2005

Found it!!!


'Cause this is my United States of Whatever

Who has a cock???


'Cause this is my United States of Whatever

poniedziałek, październik 10, 2005

Mam w dupie małe miasteczka

Oto widzicie znowu przyszła jesień, a z nią faza na głupie przemyslenia i cytowanie lepszej lub gorszej literatury.Moje miasto rodzinne zwane dalej Rzeszowem to jeden wielki cytat, w nawias wzięty i opatrzony licznymi przypiskami, coby każdy wiedział, że cytat jest w sumie kiepski, ale autor ma do niego słabosć. A słabosć do małych miasteczek - do których Rzeszów w zasadzie nie należy, ale że urosłam tam do rangi rozbijającej się po Amerykach Warszawianki, to co tam, spojrzę czule z góry - no więc, słabosć do małych miasteczek to broń okrutna, wręcz obosieczna, bo z jednej strony pięknie, klimat swojski i akcent uroczy, dodający szarej prozie kilku nowych odcieni szarosci, a z drugiej - miażdżący wszelki pomysł i rozmach niesmiertelny kompleks, skrzętnie ukryty pod maską ironii. W małych miasteczkach niewiele można zrobić, można usiąsć w knajpie i pić tańsze niż w stolicy piwo, można chodzić na długie spacery i słuchać punka, bo inna muzyka za ładna na małe miasteczka, można żałować, że się tam w ogóle przyjechało, a potem tęsknić do wymuszonej sytuacją bezrobotnej powolnosci bytu.

W dupie mam. Jak wszystko. Ludzie z małych miast nie mają wyboru, muszą mieć w dupie.



'Cause this is my United States of Whatever

niedziela, październik 09, 2005

kable do nieba

Dom okablowany. Internet dostępny. Wyspa plugged.
wreszcie.
'Cause this is my United States of Whatever

środa, październik 05, 2005

Lans

W tym roku się z Zosią lansujemy.Za 12 miesięcy mamy być sławne, jesli nie bogate i sławne. Może kiedys i piękne będziemy, na razie musimy wylansować nowy typ mody i urody. Warszawa potrzebuje własnie nas, czuję to w łamliwych kosciach i zadymionych płucach. Nawet bloga musimy wylansować, koniec z kameralnoscią, tłumy nas będą czytać, słuchać również i ogólnie podziwiać. Po autografy proszę sie zgłaszać do naszego superwylansowanego mieszkanka na Andersa. Wejsciówka = winko.Do zdobycia obywatelstwo The United States Of Whatever.Bez względu na wynik niedzielnych wyborów obywatele maja prawo wybrać nas na królowe lansu.


'Cause this is my United States of Whatever