wtorek, listopad 29, 2005

W tym roku swiąt nie będzie. Zamiast strucli i prezentów zarządzam trzy dni bycia z ludźmi. Nie obok. Z. Wyłaźmy ze swoich fobii, dołów, depresji, ze swoich za małych usmiechów i zdrowych dystansów.
Ludzie umierają, trzepak porasta sniegiem. A my udajemy, ze nas to nie obchodzi. Albo rzeczywiscie nas to nie obchodzi. Niech zacznie.
'Cause this is my United States of Whatever
Nie ma ucieczki. Zakrywam ręce i uszy. Nakładam 3 swetry a i tak odmrażam sobie poczucie rzeczywistosci. Biały to chyba nie mój kolor.
'Cause this is my United States of Whatever

poniedziałek, listopad 28, 2005

znk wszstkg

Zm znkj wszstk smglsk, b znk wszstk c jst chc trch wsl, a smglsk s wsl w przcwnstw d splglsk, ktr s tk brdzj wchdzn szr smtn.

'Cause this is my United States of Whatever

niedziela, listopad 27, 2005

a to juz

Spadł.
I znów jestem bardziej bezbronna od drogowców nawet.
Snieg tłumi emocje. I dzwięki. Kawa smakuje inaczej.
I nawet płakać się nie da. Buty ciągle rozwiązane a rękawiczki porwały ptaki.

Bogu dzięki za kaloryfery i muzykę.


'Cause this is my United States of Whatever

piątek, listopad 25, 2005

100% normy

No i dobrze, w końcu ja to zrobię, zamieszczę 100-tny wpis, co prawda nie z ankietą, bo wyniki ma Zosia, ale zawsze jakis.
Mamy już dwa razy tyle wpisów, co Pałac Kultury lat.
Stan na dzis: marny. Niedobór snu permanentny (plan 6-godzinny nie wypalił...), zero lansu w piątek wieczorem, nieruchawa, uzależniona od Internetu współlokatorka, która w żywe oczy wypiera się owego uzależnienia i w ogóle nie chce się lansować, jutro rano praca, a ogólnie zima.
Stan na wczesniej: pozytywny. Co pozwala wierzyć, że stan negatywny minie.
Zasłuchujemy się muzyką z "Opowiesci o zwyczajnym szalenstwie", opowiadamy sobie jakies wirtualne bajki, myslimy, co by tu zrobić, żeby przestać mysleć.
Na moim koncie dwa wspaniałe osiągnięcia: ugotowałam wczoraj obiad. To rrrraz, a dwa, przekonałam Zosię, że potrafi mówić rrrr.
Wszystko w normie. Chyba psiszejemy.


'Cause this is my United States of Whatever

wtorek, listopad 22, 2005

Lans ezoteryczny

Lans w Poznaniu trochę się sypnął. Plan był piękny, ale najgorsze właśnie to, że był, zapomniałam, że tylko życie bez planu ma szansę się udać, bo wtedy nie można powiedzieć, że coś nie wyszło.
Głupio zaplanowaliśmy więc, że pojedziemy do Poznania dość wcześnie rano, połazimy po mieście, a wieczorem - koncert Rodrigueza. Plan prawie nie wypalił już na wstępie, gdyż z powodu mojej nadmiernie wyluzowanej postawy za późno wyszłyśmy z Zosią z domu i musiałyśmy uskutecznić jogging w kierunku dworca.Zdyszane, już nieświeże, ogólnie - wylansowane w naszym stylu, wpadłyśmy do pociągu, odnalazłyśmy resztę naszej małej ekipy, kupiłyśmy bilet z karą za jego kupienie i zaczął się lans ezoteryczny.
Jego ezoteryczność polegała nie tylko na obecności Poznania w bliższym czy dalszym tle, ale przede wszystkim na smaku kawy. Tak jakoś myślę, że na tym może polegać ezoteryczność Poznania. Smak kawy, od tej serwowanej w wagonie Warsa, poprzez każdą kolejną pitą już na miejscu, można określić li i jedynie jako blisku smaku Mokate.
Poznań zawodzi pod wieloma innymi względami.
1. Ogrzewanie na ulicach jest wyłączone.
2. Najlepsze naleśniki w mieście są naleśnikami w płynie.
3. Wprawdzie grzane wino prima sort, ale juz bialorusek(w tutejszej nomenklaturze) cokolwiek dziwny.
4. Koncerty w Poznaniu odwołuje się w ostatniej chwili, kiedy juz zamarznięci na amen, nie zwiedziwszy niczego poza Rynkiem, stawiamy się pod drzwiami Blue Note, a tam teksańska masakra.
5. I to nie koniec męki, bo do następnego pociągu do stolicy marne 4 godziny.

Na szczęście było też wiele pozytywnych aspektów: zgrana ekipa wielbicieli gier planszowych, w/w grzane wino, pozytywne knajpki, powrót do dzieciństwa podczas zabawy w gonionego czy jak to się zwie,słuchanie muzyki w Warsie, ankieta w klubie Pod Minogą czy Minoga czy cos (wyniki w kolejnym setnym! wpisie), itepe, itede. Polecam jednak raczej wiosną.


Z jakiegoś powodu nie wszystkie zdjęcia chcą się uploadować, ale trudno. I tak są kiepskie.



'Cause this is my United States of Whatever

poniedziałek, listopad 21, 2005

Stolica smutkiem piękna



Poznań nie zachwyca.
Warszawa tym piękniejsza.
Pięknie smutna.


'Cause this is my United States of Whatever

poniedziałek, listopad 14, 2005

Historia upadkiem mierzona

"Jak upadłes?"
zamiast "Jak się masz?"
Najsmutniejsze, że to ma sens.
Że możemy tylko inaczej upadać, sam upadek jest niezmienny.
Stwarzamy wyobrażenia upadków i ich hierarchie. Stwarzamy system odsyłaczy wewnętrznych. Upadek mały- czuję się dobrze, upadek większy-zaczyna łupać mnie w krzyżu, zaczynam mieć ból głowy itd, itp.
Małego spadania.
Budzimy się wsciekli i wsciekli zasypiamy. Wsciekłosć całodobowa. Na rzeczy małe, które są bolesnymi odsyłaczami do rzeczy dużych. Na ceny, korki, polityków, wydarzenia. Na ukochanych i znienawidzonych, co często na jedno wychodzi. Duże uczucie bezsensownie rozmienione na drobne i rozdzielane pomiędzy fragmenty rzeczywistosci. A gdybysmy pewnego pięknego dnia cały ogień swojej wsciekłosci skierowali tam, gdzie chyba zawsze zmierzał? Gdybysmy krzyczeli prosto we własne uszy, własną głową uderzali w scianę, własne ciała kaleczyli, potłukli siebie samych na kawałki?
Zniszczmy się wszyscy, wyrzućmy wsciekłosc prosto w siebie. Najskuteczniejsza armia swiata.

niedziela, listopad 13, 2005

łykend fotostory

Łykend jak to łykend. Minął. Jedna impreza, do której przez wiele godzin jakos nie mogło dojsc, aż nadszedł poranek i czas na odwrót w stronę wylansowanego mieszkania, jedna dobra smutna wystawa fotografii w Galerii Luksfera, dwa pozytywne miejsca na Pradze, przy czym w jednym zostałysmy uznane - chyba - za co najmniej feministki, jesli nie wręcz lesby, i zaproszone do private roomu, który okazał się salą zarezerwowaną dla pań ONLY. Czy my wyglądamy na feministki?



Whatever. A drugie miejsce doskonałe, W Oparach Absurdu na Ząbkowskiej, muzyka jak z powiesci i herbata jak u babci.

Jeszcze kurczak w mandarynkach u Dominika, obejrzeni po raz kolejny "Edukatorzy", tym razem w wersji hiszpańskojęzycznej, próba zebrania się na jakąs wylansowaną imprezę zakończona niepowodzeniem i niekontrolowany sen bez wczesniejszego przywdziania piżamki. Klasa.
Jak co dzień niepowodzenie, to co dzień niepowodzenie. Film "Gnijąca panna młoda"zawiódł na całej linii, w rezultacie więc spędziłysmy w kinie jakąs straszną ilosć godzin, oglądając jeszcze "Nieustraszonych Braci Grimm", coby zlikwidować niesmak po Burtonie. Zrobiło się lepiej, polecam.
I koniec łykendu. Jest nowy konkurs na fajnych znajomych. Chętnie poznamy. Już mamy wielu doskonałych, pozdrawiam, ale potrzeba poznania nowych jest doprawdy paląca. Portal przeznaczeni.pl nie wchodzi w grę.

'Cause this is my United States of Whatever

piątek, listopad 11, 2005

Dzień dobry


Paryż płonie. Dziecięce buciki ustawione w równym rządku i wypastowane ekologiczną pastą. Płoną. Zapalmy papierosy i świeczki na grobach lalek barbie poległych w zamieszkach. Do filtra daleko. Do rozejmu cała paczka. Koktajle mołotowa przy porannej kawie. I znów myślę, że koktajle to jednak zdrowsze śniadanie, że potrzeba nam witamin. Jaki to piękny język, ten francuski. Taki język miłości. Bo Ci co podpalają to emigranci oni tak naprawdę nie mówią po francusku. Strach nie brzmi dobrze w tym języku. Peur. Jak słowo z kołysanki dla misia. Śpiewa mu ją dziewczynka z poparzoną buzią. Ładna dziewczynka. Była. I kto ją teraz zechce? Miś tylko. Uciekłaby. Na koniku, ale stracił bieguny w pożarze. Maman, dlaczego w nocy dzień jest? Jasno tak. Lodówka w kuchni pusta. Kawa będzie. Gorąca. Znów o siebie nie dbam. Godzina policyjna może rozwiązać problem rozruchów. Wandale zostaną ujęci i osądzeni bez procesu. Sędzia . też człowiek odpocząć musi. Piąty pet w popielniczce. Jak tak dalej pójdzie umrę przed czterdziestką. Maman, a Abdul dziś nie był w szkole. Maman, dlaczego nie mogę się bawić na podwórku. Kolejne auta, kaleka kobieta spalona żywcem w autobusie. To nie Paryż, to przedmieścia. Prawdziwy Paryż to butiki i Champs Elysees. Boli mnie ząb, znów trzeba będzie płacić dentyście. Plomba albo i nie, ale płacić trzeba. I wieża oczywiście. Jak z zapałek. Piękna. Na podłodze spalonego domu leżą zwłoki bączka. Marie wyprawi mu pogrzeb. Za blokiem. Tylko niech ci panowie przestaną już krzyczeć. Bączki muszą spoczywać w pokoju. Ale wieża nietknięta. Co im do głowy przyszło żeby tak niszczyć. Nic nie uszanują. Nic. Papieros nr 7. kawa zimna. Wrzody na mur beton. Najlepiej ich wyrzucić. Ten motłoch, szumowiny. Czarnuchy. Fajnie jest, taki spalony kamyczek rysuje jak czarna kreda. Oczy bałwankowi dorysuję. O. O. Są. Gdzie moje klucze? Wszystko gdzieś zgubię. Papierki na cukierkach topią się szybko. Inne płoną. Te tańsze. I teraz cała ulica pachnie watą cukrową. Jak słodko jest teraz iść na spacer, ale maman nie pozwala chodzić samej. No szlag by to, nie ma nigdzie. Diabeł ogonem... Nie bawię się z Tobą, bo maman mówi, że to twoi bracia nam samochód zniszczyli. Wstrętni chuligani. Papa im pokaże. Może w kieszeni. Też nie. I dlatego nie dotykaj moich zabawek. Też popsujesz. Zniszczysz. Oddawaj żołnierzyka. Właśnie, że sam mogę bawić się w wojnę. Widziałem w telewizji. Zaraz się spóźnię na autobus. Kurwa, no! Czy ja zawsze muszę wszystko spieprzyć?! I pan minister wam da. Łobuzy. Stan nadzwyczajny. Policja w zwartych szeregach. Mają nowe hełmy i twarde buty. I stukają jak idą. Tak stuk, puk, stuk, puk. Chłopiec brudny, a może śniady po prostu. A najpewniej i jedno i drugie idzie za szybko na swoje 8 lat. I minę ma zbyt dorosłą. Jak nie wyjdę za 2 min to szlag trafi cały dzień. Mnie też daj. Tu się podpala a potem rzucasz. Tylko szybko. I w środek celuj. Są. Są. Skąd się tu wzięły do cholery? Pół paczki. Płonący wózek jak z obrazu pana Dali. Bo wielkim artystą był. Do widzenia. Miłego dnia.
'I ten jeden raz nie jestem z United States of Whatever

środa, listopad 09, 2005

soundtrack dla płonących miast

Gdy miasta płoną, lans zmienia swoje oblicze. Muzyka brzmi ostrzej, alkohol pije się szybciej, w rytm popowo-rockowych piosenek tańczymy swój danse macabre, próbując zachować niepodległosć The United States of Whatever. W każdym miejscu globu tyka licznik, ping, straciłeś kolejne życie, ping, kolejne dziecko płacze, ping, ping, licznik tyka już jak oszalały, przywódcy państw sciskają sobie dłonie, ceny ropy idą w dół lub górę, ogólna zmiana wartosci, my tańczymy, maszyna robi PING, szeleszczą najswieższe strony gazet, podnoszą się kolejne głosy, nikt nie rozumie, że najlepsze, co można zrobić, to tańczyć, chociaż wszyscy mamy ochotę strzelać.


Tańczyć można w Aurorze, chyba zawsze będę miała sentyment do tego miejsca, chociaż to nie to samo co dawna Aurora, opromieniona obecnoscią Koronkiewicza. Wczoraj jednak pozytywnie, udany koncert zespołu Farel Gott, którego nigdy wczesniej nie słyszałam, ale co tam "słyszałam", tych przystojniaków trzeba zobaczyć na żywo. Galeria zdjęć, jak również kilka kawałków do przesłuchania na www.farelgott.pl, polecam.Polecam też imprezy pokoncertowe, tam uwalnia się jakas pozytywna energia, a w dodatku lans to jak zwykle łatwizna. Tańczmy, bo swiat wariuje, trzeba wariować w drugą stronę.
'Cause this is my United States of Whatever

wtorek, listopad 08, 2005

I bedzie tylko lepiej

Tendencyjnie przegladam prase. I oto co znajduje. Az serce roscie:
-Oto moi drodzy odpowiedz na bolaczki wszystkich udreczonych singli. www.przeznaczeni.pl Portal matrymonialny, ale nie byle jaki, dla tych, ktorzy: "czekaja wlasnie na ta jedyna osobe w zyciu, ktora Bog im przeznaczyl". Katolicy laczcie sie.
-A jak sie juz pobiora i maz nie daj Boze obibokiem sie okaze to w sukurs przyjdzie pani minister Kluzik-Rostowska. Kobieta spostrzegawcza, co nawet we wlasnej rodzinie zauwazyla, ze: "synek, mimo ze po siostrach odziedziczyl cala mase lalek, bawi sie mlotkiem i siekiera. I to podwazylo we mnie wiare, ze obie plci sa rowne". Ale z wiara u pani minister ogolnie ciezko: "nie ma we mnie takiej wiary, ktora pociaga za soba ideologie".
-a jak nie pomoze i interwencja wladzy, to i tak nic, bo za zatluczona malzonke msze sie odprawi, najlepiej w Olsztynie, gdzie uslyszec mozna: "A teraz pomodlmy sie za zmarlych, ktorych pochowala firma Market"
Milego dnia.

'Cause this is my United States of Whatever

niedziela, listopad 06, 2005

EEEEE????

Nawet nam wyspa ewoluuje? Już nawet tu nispodzianki? Na dwór już nie wychodze bo nie potrafię potem wrócić do domu, ale mam w dupie, jest wyspa. A teraz i wyspa... Eh, w dodatku ten image jak papier po toruńskiej. Czy zatrudniamy designera z kieleckich bazarów?
'Cause this is my United States of Whatever

awitaminoza

Wyciekła za mnie cała witamina C. Jakos tak wczoraj, podejrzewam, bo czwartek był jeszcze dniem absolutnie udanym, dniem o smaku czekającej Aromat sławy, dniem zachłystywania się ostatnimi stronami genialnej powiesci, picia piwa i ratowania bezdomnych rękawiczek. A teraz dół, ogólna listopadowa niemoc, wciąż niedosyt snu i nadmiar żałosnych przemysleń. Zwiotczałym jestestwem próbuję dowlec się te kilka kroków dalej, gdzie będzie już lepiej, bo zawsze jest. Ale jeszcze chwilę tu posiedzę, bo brakuje mi witamin.
Panno P., dziękuję za "Pusty dom", a przede wszystkim - raz jeszcze - za CocoRosie. Idealny soundtrack do zaistniałej sytuacji. Słyszę, jak mi w głowie łkają neurony, gdy Paryż płonie i jesień powoli umiera. Witamina C płynie warszawskimi kanałami, teraz na jej brak cierpią dziesiątki obywateli, nie pomaga rutinoscorbin, nie pomaga doktor Lubicz, jesienna awitaminoza to choroba nieuleczalna o różnym stopniu nasilenia. Na jesienną awitaminozę cierpią nawet samotne rękawiczki.



'Cause this is my United States of Whatever

piątek, listopad 04, 2005

Życie po śmierci

Czarne konary cmentarnych drzew coraz wyraźniej rysują się na tle pochmurnego nieba. Nie przesłaniają ich już zeschłe i opadłe liście. A co by było, gdyby ten dzień był wiosenny, a między grobami rosły przebiśniegi?

Kiedy jedzie się tramwajem ulicą Wolską w Warszawie, najpierw mija się cmentarz prawosławny - z cerkiewką, z dodatkowymi, ukośnymi belkami na krzyżach. Dalej, za płotem leżą ewangelicy, dopiero potem, za kolejnym ogrodzeniem jest – najrozleglejszy - cmentarz katolicki. Te mury są tylko na poziomie nas, żyjących. Oni, pod spodem, czy też ponad nami, są już jednością.
Trudno o ciekawsze przemyślenia, trudno się skupić na czymkolwiek, kiedy przed wejściem na cmentarz, na straganie widzi się znicz płonący w wydrążonej dyni.
Ja wiem, że – pomijając kolejny pretekst do (w zależności od wieku): zabawy/najebki/trzepania kasy – ma to być oswajanie śmierci. Dynia, jak mózg, ma miękki, ulegly miąższ. Można z niej wyciąć co się chce. Ale ogień to ogień. Parzy.
Wśród garbiącego się o głowę niżej od nas tłumu w beretach i kapeluszach (widać im bliżej własnej śmierci, tym trudniej nie pamiętać o cudzej) przeciska się procesja śpiewając modlitwę. Nie widać księdza, ale słychać jego głos. Dobiega z zatkniętego na kiju megafonu, trzyma go wysoki chłopak o kartoflowatym nosie i otwartch ustach. Może zawsze tak powinno być – niewidoczny ksiądz i tylko jego głos dobiegający jakby z pustki, którą każdy musi dopiero wypełnić.
Dalej będzie jak co roku.Błądzenie wśród alejek, żółto-rude kwiaty, przenikliwy wiatr, przypominanie szczegółów genealogicznych i matrymonialnych i tylko chwila zawahania, kiedy blaszane wieczko od znicza okazuje się być byłym koncentratem pomidorowym. Potem już tylko poważnie splecione palce, nieruchomy wzrok i myśli uciekają gdzieś poza krawędź mapy, choć gonią je głosy mówiące, że jutro już koniecznie trzeba podstemplować legitymację, a oczekiwana paczka powinna dojść przed końcem tygodnia. Dzisiaj mogłoby nie istnieć, wszystko zacznie się dopiero jutro. Aż za którymś razem jutro nie nadejdzie.
Niezależnie co stanie się po niej, czas pozostały do śmierci mija z przerażającą nieuchronnością. Paraliż ma przeróżne objawy.

Pamiętam, jak grał z nami w tysiąca. Kiedy brał musik, zawsze liczył punkty patrząc na karty przez połówkowe okulary zsunięte na czubek nosa, kręcił głową, cmokał i twierdził, że „przyjdzie dać dupci”. Potem mówił „Dwieście!” i z rozmachem rzucał pierwszą kartę.

Na Islandii na każdym nowym grobie sadzi się drzewko. Każda śmierć jest narodzinami. Im mniej człowieka, tym więcej drzewa, im więcej czasu mija od jego odejścia, tym wyżej rośnie. Nie wiem, czy ktoś ich dotyka, gładzi popękaną korę, wącha zapach żywicy i mokrych liści. Ale dobrze jest czasem podejść bliżej do śmierci – żeby mocniej poczuć, co to znaczy żyć.

wtorek, listopad 01, 2005

Mam w dupie małe miasteczka cz.II

Człowiek raz pokocha i do końca życia cierpi. Teraz czkawką mi się odbija moja miłosć do małych miasteczek, a zwłaszcza tych leżących daleko od stolicy, bo trzeba z nich potem wracać szybkostrzelnymi PKSami bez telewizji czy muzyki (standard w Meksyku czy Gwatemali, nasz kraj wciąż w tyle). Na szczęscie jest dobra książka, o ktorej już swego czasu pisałam, lecz przez całe wakacje nie dobrnęłam dalej niż do 40-tej strony. Teraz sytuacja komunikacyjno-odległosciowa skłoniła mnie do ponownego przywitania się z panem Danielewskim i jego "House of Leaves". Utonęłam. (czy jest na Wyspie ratownik?podobno jest). Tonęłam przez te marne 7 godzin w pociągu do Rzeszowa i ponad 6 w PKSie z Rzeszowa, a książka się nie kończy. Kończy się za to wytrzymałosć mojego pęcherza, przekonałam sie bolesnie 3 minuty po spożyciu kawy na dworcu w Ostrowcu Sw., 2 natomiast minuty po opuszczeniu owej stacji. Nacisk na pęcherz nasilał się z każdą kolejną stroną, towarzysząc bolesnemu przekonaniu, że kolejną stacją będzie dopiero Warszawa. Czułam, jak przepona toruje sobie drogę do oskrzeli, co mogłoby nawet dać ciekawy efekt wokalny, gdybym ewentualnie przemówiła, ale ponieważ na usta cisnęły mi się li tylko inwektywy pod własnym adresem tudzież uwagi na temat szkodliwosci kawy, zmilczałam, brnąc dzielnie w gąszcz prozy. Bo proza jest gęsta, prawdziwy labirynt znaczeń i wydarzeń, a potem jeszcze labirynt w labiryncie plus cała siatka odniesień i przypisów. Kocham i uwielbiam, zachwycam się i podziwiam, zazdroszczę i doceniam, a tu ponad plątaninę uczuć wznosi sie prozaiczna potrzeba fizjologiczna,blokując procesy myslowe. Z marsem na czole i pęcherzem rozmiarów piłki lekarskiej wypadłam wreszcie z autobusu na Dworcu niesłusznie zwanym Zachodnim,gdyż jego niezaprzeczalna wschodniosć uderza najpierw zmysł powonienia, a następnie mąci wizję, nie dbałam jednak o takie drobiazgi w obliczu klęski, jaką byłoby splamienie PKSowskich siedzeń na koszt własny. Sprintem, o jaki nie podejrzewałabym osoby z moją kondycją i obciążeniem w/w organu dotarłam do upragnionego przybytku rozkoszy za jedyne 1.50 PLN, jakżeż przypominającego podobne atrakcje w małych miasteczkach. I tu objawienie, zrozumiałam, czym różni się stolica od owych małych miasteczek (pomińmy pewna przesadę cenową), zdecydowanie jest to mydło w tzw. toalecie, mydło, które uwonniło resztę wieczoru na rumiankowo, mnie było lekko mimo ciężaru czytanej prozy, mimo przebytych kilometrów, mimo tęsknoty za małym miasteczkiem, które przecież i tak mam w dupie, a jak się cos ma w dupie, to trzeba sie tego szybciutko pozbyć, już się bolesnie przekonałam, co znaczy zaniedbanie czynnosci fizjologicznych.


'Cause this is my United States of Whatever