wtorek, luty 28, 2006

ja i moje postanowienia

Pewnie nikt poza mną nie wierzył, że się uda. No trudno. Wszak jeszcze karnawał. Może w przyszłym tygodniu albo jakoś tak trzeźwość okaże się właściwą opcją.
Wszystko przez Komisję Europejską zresztą.
Gruby, żeby ci się tak wanna nie domywała przez tydzień. Ech.


'Cause this is my United States of Whatever

niedziela, luty 26, 2006

faza zen

Wczorajszy lans w Jadłodajni F, w doborowym doprawdy towarzystwie, ma cokolwiek smutne następstwa. Większość nazywa to kacem, uznałam jednak, że w tym wypadku porzucę zwięzłość i rzeczowość na rzecz dokładniejszego opisu smutnych następstw.
W oczywisty sposób smutne następstwa miały całkiem wesołe początki, datujące się mniej więcej na godzinę 4 dnia wczorajszego, kiedy to trawiona gorączką typu 48 stopni celsjusza witałam Diwę i otwierałam piwo numer dwa. O tej porze wciąż jeszcze twierdziłam, że lans w obliczu apogeum choroby nie wchodzi w grę. NIESTETY, jakżeż diametralnie zmieniłam zdanie, gdy się już zdrowo narąbałam. No i w sumie warto było, impreza z cyklu Hungry Hungry Models nie zawiodła, jak zwykle nie było na kim oka zawiesić, ale może to i lepiej, bo a nuż obserwowany zawiesiłby w rewanżu oko na mnie - tu muszę dodać, gorączka i intensywnie intensywny dens zrobiły coś niesamowitego z moją zwykle nieskazitelną fryzurą. Ogólnie piwko się lało, muzyka porywała, dawni bramkarze i barmani z Diuny przypominali zeszłoroczną fazę na cotygodniowe masakrowanie się do świtu, no żyć nie umierać. Lecz! Wiadomo, jak to się kończy. Ja sobie muszę gdzieś zapisać, jak, bo jakoś nigdy kurna nie pamiętam wtedy, kiedy taka wiedza byłaby jak znalazł.
Cóż mogę rzec. Wyleczyłam się z gorączki, z nadmiernej senności i ogólnego sflaczenia, tak że nawet dziś widze plusy. Kac mi jednak stuka w ten pusty łeb takim małym, upierdliwym młoteczkiem i zmusza do przemyślenia tej beztroskiej alkoholowej postawy.
Podjęłam więc postanowienie iście wielkopostne.Czas na zen, na medytacje i tym podobne bzdury. Rzucam picie na ten tydzień, no trudno, wiem, że nie będę wtedy sobą, ale moment jest odpowiedni, w naszym katolickim kraju takie wyrzeczenie zapewni mi na pewno wyższą emeryturę. Cóż będę wobec tego robiła podczas godzin wieczornych, zwykle poświęcanych w/w czynności? Opcji jest wiele, każda równie bezowocna jak picie, ale to już w moim przypadku norma. Zdecydowanie jednak muszę zająć się sobą, spać trochę więcej ,sprawdzić, czy doły pod oczami to efekt mojego trybu życia, nie wiem, skarpetki nosić do pary i piłować paznokcie, czytać cokolwiek, łącznie z wiadomkiem bo mi tak bez sensu wyskakuje a ja go od razu gaszę być może postępuję tak też z ludźmi muszę się nad tym zastanowić, tak więc przez wiadomka do celu przy czym zaznaczam że specjalnie nie wstawiałam przecinków, przemyśleć kwestię ewentualnej pasji w życiu, nie pisać długich postów o niczym, w ogóle nie pisać na kacu, no ale przecież nie będę miała kaca, jeść kisiel, bo to najlepsze świństwo na swiecie, telepatycznie przywołać wiosnę, posprzątać dziś, bo to na pewno kwestia feng shui, wykminiła wczoraj Zosia, najlepiej posprzątać całe mieszkanie, a ogólnie to wstać wreszcie z wyra, założyć majtki i zacząć ten piękny dzień.


'Cause this is my United States of Whatever

wtorek, luty 21, 2006

zamiast

Zamiast mówić, że źle, opowiem wam, czego dziś słucham, choć wiem, jak mało to kogokolwiek obchodzi, ale jak na muzyczną faszystkę przystało, nalegam. Ok, przekonaliście mnie, piszę.

Otóż. Playlista na dziś to ustawione na RANDOM (bo to piękne słowo jest): Beauty Pill, Arab Strap, Bjork, Bishop Allen, The Robocop Kraus, Cat Power, Bark Psychosis, Low & The Dirty Three, Stworywodne.Jaszczury, The Black Heart Procession, Warsaw, Blonde Redhead, GY!BE, Mum, The Black Heart Procession, Telefon Tel Aviv, Air, Xiu Xiu, Yo La Tengo. Chyba tyle. Czyli ogólnie nastrojowo, hm? Co wiadomo, o czym świadczy ale zamiast o tym pisać, zapodam jakiś dobry tekst i poleżę jeszcze trochę, to mi dobrze robi.

Ha. Ha.

Bishop Allen: "Charm school"
Everybody's saying
That I'm not so cool
So I'm going back to charm school
Charm school

Here in my new necktie
Feeling so refined
Working on my handshake and my smile
And though I'm always late
And I can't stand up straight
I'm sure they'll find me charming in a while

Such a dainty curtsey
Darling little child
Let me hold your hand, keep you from harm
I'm learning everyday
I practice what to say
I'm working in the mirror on my charm

Every little lesson
Every gilded rule
I follow or forget in my own way
Those lovely afternoons
With all those forks and spoons
My charm school made me ready for today


'Cause this is my United States of Whatever

sobota, luty 18, 2006

o nie!

oznajmiam wszem i wobec, że nie piję od dzi

'Cause this is my United States of Whatever

wtorek, luty 14, 2006

why I rule so much

Obiecałam, więc piszę. Z dedykacją dla Kaffy i Miss Missy, rzecz jasna.

Hmm. Zastanówmy się więc, dlaczego jestem taka doskonała. Osobiście zastanawiam sie nad tym naprawdę często. Wszystkie te doły to tylko poza, tak naprawdę nie ma się do czego przyczepić. No bo sami powiedzcie - czyż to nie doskonałość wcielona? Począwszy od uderzającej urody (efekt knock-out) aż po szereg zalet zwykle nie spotykanych w tak bogatym zestawie.By nie pogubić się w szczegółach i zapewnić drogim czytelnikom jak najlepszy wgląd w listę moich przymiotów (aach, jak piękne to słowo. Kojarzy się z wymiotami. Idealnie.), przygotowałam taki oto spis:

dlaczego jestem zajebista:
A. walory zewnętrzne:
1. Doskonale wyglądam. Po ciemku. Ale w tym kraju i o tej porze roku to i tak z 70% czasu.
2. Wąska twarz sprawia, że nie zajmuję zbyt wiele miejsca w stolicy. A to ważne. Nie tylko ja mam tłumofobię, trzeba z nią walczyć. Postuluję, by wszyscy sprawili sobie wąskie twarze.
3. Mam starannie wypracowaną fryzurę. Posunęłam się do tego, że wypracowałam ją lata temu i od tej pory nic nie zmieniłam. Wszak jest idealna, na cóż mi grzebienie i zabiegi fryzjerskie.
4. Figura aż prosi się o macierzyństwo. Bliźniaki, może wręcz trojaczki miałyby gdzie rozwijać swe maleńkie organki do niesamowitych rozmiarów. Jakaż szkoda, że macierzyństwo zupełnie mnie nie pociąga. Ale nie od tego są ideały, by je brukać pragmatyzmem.

B. Niezliczone talenta:
1. Niezliczone indeed. Nikt nie potrafi doliczyć się tylu miejsc po przecinku.
2. Pozytywne jest to, że ewentualny brak talentu w jakiejś dziedzinie (oczywiście rozważam teoretycznie, trudno wyobrazić sobie, bym czegoś nie potrafiła)zupełnie nie przeszkadza mi w stwierdzeniu, że ta właśnie dziedzina jest moją ścieżką życiową par excellence.
3. Wśród owych niezliczonych talentów na plan pierwszy wysuwa się zdecydowanie umiejętośc pierdolenia bez sensu. To rzadka umiejętność, tym doskonalsza więc się czuję.

C. Charakter bez skazy:
1. Nawet nie ma co strzępić klawiatury. Bez skazy i koniec. Warto może zwrócić uwagę na pracowitość, uczynność, życzliwość ludziom, brak jakiejkolwiek złośliwości czy wybitną prawdomówność. A, i skromność. Skromność.

Wygląda na to, że mogłabym tak w nieskończoność. Tylko po co. Czy ja muszę opisywać rzeczy tak oczywiste?

Kończę więc, znajcie moje dobre serce. Nie bez powodu mówię o sobie "boska".


'Cause this is my United States of Whatever

sobota, luty 11, 2006

szklany klosz

W tym pokoju jest taka różowa zasłonka, która zupełnie nie powstrzymuje światła, ale powstrzymuje mnie przed polubieniem tego, co na zewnątrz. Myślę, że produkuję szklane klosze. Taśmowo. Kiedy indziej nazwałabym je jakkolwiek inaczej, dzisiaj obejrzałam odpowiedni film, nazywam je szklanymi kloszami, wychodzi na jedno,wychodzi na to, że wcale nie wychodzę. Nie lubię, gdy docierają do mnie wiadomości z przerażającego świata, nie lubię, gdy nie jest tak, jak przecież mogłoby być, a najbardziej nie lubię, gdy nie lubię. Auu. Czy czujecie ból istnienia? To przykre, że w wieku lat 23 z opcją 24 za kilka miesięcy po raz kolejny zdaję sobie sprawę z tego, że jestem rozpuszczonym dzieckiem przerażonym dorastaniem i znudzonym własną przeciętnością. Właśnie wywlekam jakieś brudy w miejscu, które teoretycznie dostępne jest milionom, czyż to nie świadczy najlepiej o potrzebie upikantnienia tego bagna. Potrzebuję pomysłu na siebie, zgłoszenia proszę tu lub mailowo, wszystkie rozpatrzę, wszystkie wygrywają.

Niedawno mój ulubiony kolega wyznał, że z frustracji zaczął prowadzić dziennik i zastanawia się nad wierszami. Hmm. Może to i jest pomysł. Tymczasem, panie i panowie, Sylvia Plath.

Wintering


This is the easy time, there is nothing doing.
I have whirled the midwife's extractor,
I have my honey,
Six jars of it,
Six cat's eyes in the wine cellar,

Wintering in a dark without window
At the heart of the house
Next to the last tenant's rancid jam
and the bottles of empty glitters--
Sir So-and-so's gin.

This is the room I have never been in
This is the room I could never breathe in.
The black bunched in there like a bat,
No light
But the torch and its faint

Chinese yellow on appalling objects--
Black asininity. Decay.
Possession.
It is they who own me.
Neither cruel nor indifferent,

Only ignorant.
This is the time of hanging on for the bees--the bees
So slow I hardly know them,
Filing like soldiers
To the syrup tin

To make up for the honey I've taken.
Tate and Lyle keeps them going,
The refined snow.
It is Tate and Lyle they live on, instead of flowers.
They take it. The cold sets in.

Now they ball in a mass,
Black
Mind against all that white.
The smile of the snow is white.
It spreads itself out, a mile-long body of Meissen,

Into which, on warm days,
They can only carry their dead.
The bees are all women,
Maids and the long royal lady.
They have got rid of the men,

The blunt, clumsy stumblers, the boors.
Winter is for women--
The woman, still at her knitting,
At the cradle of Spanis walnut,
Her body a bulb in the cold and too dumb to think.

Will the hive survive, will the gladiolas
Succeed in banking their fires
To enter another year?
What will they taste of, the Christmas roses?
The bees are flying. They taste the spring.




'Cause this is my United States of Whatever

czwartek, luty 09, 2006

źle się dzieje w państwie duńskim

Dziwne rzeczy się dzieją, spłuczka działa, ja moim zdaniem tyję na potęgę, gubią się coraz to nowe rękawiczki i rzeczy różne, limuzyny krążą po mieście bez celu i sensu, i bezkarnie w dodatku, metro tymczasem jeździ wciąż tą samą trasą, pijemy grzańca i prawie lubimy swoją pracę, a potem jej nie znosimy, uczymy się hiszpańskiego, a potem chcemy w radiu pracować i inne rzeczy robić, jakoś się wylansować mimo paraliżujących wszelkie wysiłki a)lenistwa, b)braku talentu, to razem, a oddzielnie nie wiem, ja tańczę ostatnio dużo na przystankach i słucham muzyki, która przeszkadza w myśleniu, dziwna złość rozsadza mi czaszkę, a chwilę później radośnie płynę chodnikiem, niesiona falą zaskakującej bardziej niż śnieg BRYNDZY, i ta bryndza jest zła, ale tkwię w niej tak głęboko, że myślę: źle się dzieje, ale.


'Cause this is my United States of Whatever

piątek, luty 03, 2006

proza życia

Nasze artystyczne zapędy, hamowane li tylko brakiem talentu,niedługo całkowicie zastopują. Człowiek chciałby jakoś tak górnolotnie, z polotem, z pomysłem itede, a tu kupa pływa. Zepsuła nam się spłuczka innymi słowy.Czas przywitać prozę życia, polewając kupę wodą z miski.

Wymyśliłyśmy kiedyś alternatywnego bloga, który traktowałby tylko i wyłącznie o naszych, prawda, odchodach. Ja wiem, to śmiałe wyznanie, ale że ta garstka czytelników zna nas doskonale, chyba nikogo nie zaskoczyłam. I każdy wie, że byłoby o czym pisać. Zdjęcia były również nieśmiałą opcją. Wobec awarii spłuczki na horyzoncie zabłysnęła szalona możliwość przyglądania się bohaterce kolejnego wpisu, jak również lepszego ustawienia aparatu, zanim wiedzione odruchem pozwolimy kupie zniknąć.

Ale to tylko taki luźny pomysł. Zwykle na straszliwie słabe powieści mówiłam :luźny stolec. No, więc to właśnie tego typu pomysł.

Musiałam to z siebie wyrzucić.



'Cause this is my United States of Whatever