środa, maj 31, 2006

what a wonderfuuuul world

bo przed chwilą było za ciemno, a teraz znów jest jasno. dziwne to, ale też tak mam, i dziś poza gorączką zniknęła przykra faza, mogę słuchać smutnych piosenek i śmiać się do nich, myśleć o wszystkim, co do zrobienia i czuć się dobrze nawet w tych chorych internetowych światach, których tyle.
w przerwach na papierosa czytam swój prezent dla zosi, becketta czyli. sen o kobietach pięknych i takich sobie, jednocześnie mój brak erudycji boleśnie mnie doświadcza, I CHUJ. ciągle się chyba uczę, inaczej nie miałoby to wszystko sensu, wszystko łącznie z naszym słabym łączem i zbyt małą zawsze ilością książek, a za dużą ilością wulgaryzmów.
i pójdę teraz do kina, i znów będę siedzieć w kuchni do 4 nad ranem, spać będę więcej niż kiedykolwiek, ale sen generuje pozytywny stosunek do gier językowych, co oznacza wiadomo, co.
chciałabym czasem napisać coś o znaczeniu globalnym, ale jak na razie sprzątam we własnym ogródku i mało mnie wydarzenia większej wagi interesują.
chciałabym zrobić o was wszystkich film. posiedzieć w parku i pośmiać się z faszystów na uczelni. uciekać przed strażą miejską itakdalej, zróbmyzróbmy to.


'Cause this is my United States of Whatever

poniedziałek, maj 29, 2006

Not here

Rozmawiałam z K. I mimo całej sympatii, którą ją darzę, znów mnie zmęczyła. Nie chodzi o to, że z K, rozmawiać się nie da. K, jest osobą dowcipną i inteligentną. A jednak... K. zrzędzi, marudzi i smęci. ZAWSZE! K. tak ma. Kiedy rozmawiam z K. , tracę nawet najlepszy humor. Bo K. potrafi obrzydzić wszystko.. I wtedy chcę krzyczeć i bić, chcę złapać K. za tą zrzędliwą gębę i walić nią w ścianę. Czasem w trakcie rozmów z K. muszę kilkakrotnie napić się wody, bo zasycha mi w ustach od wyobrażania sobie jak niszczę ulubione książki i buty K. Potem wyobrażam sobie jeszcze, że skazuję K. na tydzień ciężkich prac w radio eska, że K. nie może przez tydzień pić kawy, że K. spędza u dentysty grube godziny jęcząc z bólu. A K. w tym czasie wysysa ze mnie radość a potem oblizuje się z mlaśnięciem i pyta, a co u Ciebie?
I wtedy muszę już porzucić swoje fantazje i zgaszonym głosem odpowiedzieć "dobrze, wszystko dobrze".
I dziś znów rozmawiałam z K. i znów dałam się wypatroszyć emocjonalnie.
Ale dziś oprócz zwykłego zestawu padło kilka prawd ogólnych. I tu już K. przegina. Ale oczywiście nie wie, że przegina, bo, jak zwykle asertywna ja, milczę. A K. peroruje. Zniosłam dzielnie wykład na temat beznadziejnośći życia nie uświęconego wiarą (K. zna mój stosunek do tego tematu), zaciskając zęby milczałam słuchając o głupocie kobiet, które nie planują małżeństwa (to już był jawny cios w potylicę), nie pisnęłam nawet, kiedy z ust K. padło, że w wieku lat 23 zdrowy człowiek MUSI wiedzieć co chce robić w życiu (bo kurwa co?). Zastanawiam się tylko czy bardziej nienawidzę K. za patroszenie czy siebie, za uleganie patroszeniu?
Tak czy siak, kiedy następnym razem zadzwoni K. mnie nie będzie.

'Cause this is my United States of Whatever

niedziela, maj 28, 2006

la haine

myślałam, że może gorączka zabije te przykrą kilkudniową manię wymyślania rzeczy, których nienawidzę, chociaż to jeszcze nie takie najgorsze, po prostu stwarzam jakieś listy, tam są moje małe nieszkodliwe antypatie, gorzej gdy myślę o ludziach, a już zupełnie najgorzej, gdy siebie tak bardzo ostatnio nie lubię i nawet nie mam ku temu wyraźniejszych niż zwykle powodów. teraz myślę, że zapomniałam dopisać: rysy na plastikowych płytach albo czymkolwiek plastikowym, ale lista wisi w kuchni, nie chce mi się, poza tym nienawiść brzydka rzecz, ja muszę z tym skończyć.
jeszcze potem myślę, że wszystko to jakaś przesada.
bardzo chcę coś dobrego przeczytać, jestem intelektualnym bankrutem i źle mi z tym, na półce znajduję tylko Musica para camaleones, Capote to by mogło być to, ale hm, cóż za język, o dziwo jednak sporo rozumiem, zakładam się sama ze sobą, że przeczytam, a potem mi się odechciewa. Zakładanie się z bankrutami to żadna motywacja. Pożyczcie mi ktoś coś dobrego i żebym mogła w tej książce pomieszkać.



'Cause this is my United States of Whatever

środa, maj 24, 2006

moja filozofia jedzenia kisielu

moja jedyna filozofia, jak dotąd.
pierwszy kisiel pamiętam z zerówki, to wtedy stałam się częścią społeczeństwa, teraz społeczeństwo kojarzy mi się z kisielem, jest niezdrowe i glutowate, nie potrafię bez niego żyć.
opakowanie mówi: cukier, skrobia ziemniaczana, regulator kwasowości:kwas cytrynowy; AROMAT, sól, witamina C, koncentrat soku owocowego, barwnik: czerwień koszenilowa.
to mógłby być przepis na człowieka, my też jesteśmy sumą niezdrowych składników.
ratuje mnie witamina C.
ale potem wyrok: produkt może zawierać śladowe ilości białek mleka.
to nie brzmi dobrze. to brzmi jak wyjaśnienie, dlaczego kisiel jest niezdrowy. jak ostrzeżenie na papierosach albo inne memento mori.

jedząc kisiel, umierasz. twój lekarz lub farmaceuta nic na to nie poradzi.
moja filozofia jedzenia kisielu mówi, właśnie popełniasz samobójstwo na raty.
samobójstwo w moim stylu: tanie i powolne.może zawierać śladowe ilości niezadowolenia z budyniu.


'Cause this is my United States of Whatever

niedziela, maj 21, 2006

Brzydkie, bo polskie

Mamy się czym poszczycić. Oj, mamy. Mamy przecież największy jarmark Europy, piękne wieżowce , blok w Gdańsku niemal tak długi jak Champs Elysees. Wszystko użyteczne, praktyczne, zdroworozsądkowo uzasadnione. Słusznie więc jesteśmy dumni. A jednak chyba czegoś tu brakuje. Klasy.
Nasz narodowy brak gustu ujawnia się na każdym kroku. Widać go w pomarańczowych reklamach sklepów z obuwiem, w najlepszym wypadku topornym. Widać w dziewczęcych spodniach opadających poniżej krytycznej linii dobrego smaku, w drogich autach parkowanych na chodnikach, wymiętych garsonkach i fryzurach na kask. Widać w poliestrach i żorżetach. W czapkach, dresach, brudnych paznokciach. Widać w księgarniach i w klubach. Brak nam gustu niemal we wszystkich dziedzinach życia. Polskość zaczyna się kojarzyć z tandetnością. Z partyzantką codzienności. Z wielką improwizacją normalności. I to jest naszą cechą narodową. To i straszne obuwie.
Patrząc na zdjęcia przedwojennej Warszawy nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że nie zawsze tak było. Że nie zawsze Warszawa była duszna i zaściankowa. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że kiedyś to biedne miasto krztuszące się własną brzydotą było stolicą. Stolicą Europejską. Były kawiarnie i szerokie ulice. Były fryzury i bon ton. Były gesty tyle nierozsądne, co piękne. Były damy i gentlemani, len, jedwab, szyk. Były fortuny, które pozwalały na ekstrawagancję. Ale nie parodię ekstrawagancji dzisiejszych nuworyszów, tę papugwatą, plugawą miłość do złota i kolorów tęczy. Nie było za to tej wszechobecnej manii znajdowania zastosowania. Manii praktyczności, o tyle groźnej, że zupełnie wykluczającej potrzebę piękna. Nie kupujemy już mebli dla obić czy misternych rzeźbień, kupujemy bo jest wyprzedaż, bo solidne, bo obicia poliestrowe wszak, ale można je prać w pralce. Kubki z nietłukącego, paskudnego, ciemnego szkła. Na podłogach wykładzina, bo taniej, bo łatwiej. I tak żyjemy w brzydkim, obłym świecie.
I nie jestem wcale sentymentalna. Nie marzę o wehikule czasu ani nie żałuję, że urodziłam się w plastikowych latach 80. Myślę tylko, że tą okrutną praktycznością robimy sobie straszliwą krzywdę. Dzień po dniu nadziewamy się tandetą, faszerujemy nijakością. Gromadzimy, zbieramy, nabywamy. A potem nosimy, używamy i sławimy Ojczyznę w świecie. I tak, jesteśmy unikalni.


'Cause this is my United States of Whatever

piątek, maj 19, 2006

easy rider

Niektórzy wydają się nie wierzyć w moje nieodnotowane dotąd umiejętności dotrzymywania terminów, jak również niezaspokojoną ambicję i pęd ku sukcesowi. Nie wierzą, że kiedykolwiek zabiorę się do pracy, a jeśli zacznę pracować, że włożę w to cokolwiek więcej niż podstawowy wysiłek polegający na zwleczeniu się z łóżka i udawaniu, że mi choć trochę zależy. Odnotowuję też negatywne wibracje wokół drażliwego tematu mojej pozytywnej postawy. Hm. Prawdopodobnie nie mylę się też zgadując, że mój starannie rozrysowany plan oddania jutro sporego kawałka em-GIE-er wzbudzał pewne wątpliwości.

No i słusznie. Ok?
A teraz wracam do oglądania Darii.

Ciekawe, czy idą zakłady o moje jutrzejsze ewentualne pojawienie się na zajęciach. Mogłabym stać się źródłem niezłego dochodu. To prawie jak praca.


'Cause this is my United States of Whatever

środa, maj 17, 2006

dla tych, co nie mogą

Wszyscy, których napada niemoc powinni zajrzeć TU.

'Cause this is my United States of Whatever

wtorek, maj 16, 2006

sick sad world

czas od okolic matury do okolic magisterki upłynął we właściwy czasowi sposób, mianowicie, nie ukrywajmy, spierdolił samaniewiemkiedy. na szczęście wciąż czuję się jednakowo młoda, głupia i nieodpowiedzialna, co dodaje mi wiary w pewne stałe, charakterystyczne cechy jednostki, a czyż nie to w ludziach cenimy (podpowiedź: to).
w okolicach matury na przykład, przyznaję, obowiązków naukowych miałam niewiele. z pewnych żenujących względów i tak nie musiałam pisać z polskiego, a języków bez sensu się uczyć miesiąc przed, więc olałam. nadmiar wolnego czasu idealnie nadawałby się do przygotowania dwujęzycznych odpowiedzi na +50 pytań, wiadomo jakich, które mocno mnie wówczas przerażały, gdyż pojawiały się w nich słowa typu energia jądrowa, polityka i ochrona środowiska. przerażenie sparaliżowało mnie doszczętnie, a nie mogłam się sparaliżowana uczyć. całe dnie spędzałam więc otoczona stosem kartek(jednej zadrukowanej pytaniami i wielu pustych, na których miałam sobie robić notatki) przed MTV, gdyż nie ma to jak nauka z towarzyszeniem popkultury w postaci migotliwych teledysków. dni mijały, dzienna dawka pytań do przerobienia zwiększała się, a ja beztrosko (choć sparaliżowana przerażeniem, ale bylam tak sparaliżowana, że nie zdawałam sobie z tego sprawy, więc: beztrosko) oglądałam zwłaszcza "Darię". Po niemiecku zresztą, po wtedy tylko na niemieckiej MTV leciała, ale dawałam radę. Daria rządziła moim sparaliżowanym życiem i zastanawiała skondensowanym jadem i cynizmem, dopóki niejaki Przemek J. ze dwa tygodnie po tym, jak po raz pierwszy wspólnie piliśmy w akademiku na Kicu, nie stwierdził: przypominasz mi jedną bohaterkę kreskówki, Darię. ten sam brak entuzjazmu i złośliwość.
no. a teraz zamiast pisać magisterkę, oglądam Darię przez Shoutcasta. to też jakiś rodzaj paraliżu zapewne, cóż robić.





'Cause this is my United States of Whatever

poniedziałek, maj 15, 2006

Już nigdy nie będzie takiego lata

Już nigdy... śpiewa Linda a Jakuzz po drugiej stronie stołu kuchennego kiwa głową i stuka w klawiaturę. Piszemy. Nikt nie wie po co nam to pisanie, wszyscy wiedzą, że nikt kompletnie nie przeczyta tego pisania w całości. Ale piszemy. Nawet współlokatorzy się dziwą. Oni już napisali. Na nas nie liczyli.
A my piszemy i kiwamy się ni to w rytm, ni to chorobliwie. A B.L. ni to śpiewa, ni to mówi. I kiedy stwierdza, że nigdy już nie będzie takiego lata, to sama nie wiem, czy płakać, czy się radować i skakać jak electro-body w tańcu entuzjastycznym. Bo dobrze, że już nie będziemy pisać czegoś, czego same nie chcemy czytać nawet, ale żal, że to już i że w kolonjalnym nie kupimy już ćwiartki chleba w ramach studenckiego obiadu. I że Pedro już się nie będzie śmiał z nas, a my z niego i że Missy już nie uratuje przed kolejnym strasznym niedopatrzeniem, Sobbie nie opowie o swoich postrzelonych pomysłach. I miliona innych szkoda. A w radio dziś słyszałam, że koniec studiów jest jak ostateczny krok w dorosłość.
I tego już sobie wyobrazić nie mogę. Bo czy dorosłym jest ktoś to się kiwa do gadającego Lindy?

'Cause this is my United States of Whatever

niedziela, maj 14, 2006

Nie często cytuję źródła kultury


"Nie rozumiem bowiem tego, co czynię, bo nie czynię tego, co chcę, ale to, czego nienawidzę - to właśnie czynię."

Ale dziś wyjątek.To zamiast recenzji, cytat z filmu. Koterski, M., dostaje mojego prywatnego Oskara. Za Adasia - Chrystusa. Wszyscy jesteśmy Adasiami, bo jak nie wódka to strach, albo wychowanie. Postuluję włączenie do kanonu lektur obowiązkowych.
Kolejny Oskar dla tego filmu wędruje do Koterskiego juniora za Sylwusia, i za wygłoszenie doskonale niezmiennym tonem wszystkich, co do jednej, kwestii.
I jeszcze za zdjęcia dla Kłosińskiego.

'Cause this is my United States of Whatever

sobota, maj 13, 2006

droga przez mękę

Boska Jacuzzi ma swoje niezawodne sposoby na konstruktywne dni. Plan powstał wczoraj po powrocie ze średnio udanego lansu (tu postanowienie: zawieszam WSZELKI lans z wyjątkiem środy), umarł zaś dzisiaj, bo ewidentnie nie napisałam jeszcze ani słowa wiadomej pracy. Tradycyjnie też nie wyspałam się, mimo to poszłam pakować z samego rana, głodna i skacowana z lekka, później długo jak zwykle krążyłam po sklepie pełnym nieuprzejmych pań, by kupić w końcu to samo, co zwykle (tylko tam mają pewien serek, bez którego nie potrafię ostatnio przeżyć ani dnia), pół godziny kombinowałam z piecykiem (piecyk to nie ksywa, to piecyk. woda leci raz zimna, raz gorąca, mycie głowy trwa dłużej niż zwykle, co przy moim "zwykle" urasta do jakichś straszliwie długich seansów w wannie). nie potrafię się skupić we własnym pokoju, musiałabym go wysprzątać, a nie chce mi się, więc przenoszę komputer do kuchni i faktycznie się skupiam, na kupowaniu mega-okularów oraz kolczyków z Salvadorem Dali na Allegro. Powolność Internetu rozciąga proces do kolejnych wieluwielu minut, mój bank każe mi wpisywać setki kodów, zanim przeleję swoje niezarobione pieniądze, wreszcie kończą mi się niekonstruktywne pomysły, ale na szczęście zawsze mogę opisać każdą sekundę tego dnia na wyspie, nawet ja nie wiem, po co. pełna frustracja. zaraz zaczynam pisać. ech.


'Cause this is my United States of Whatever

piątek, maj 12, 2006

le vent nous portera

boski poranek
czuję, że coś nie tak z płynami ustrojowymi, więc dziś tylko i wyłącznie piję
zzzz urzekła mnie z rana fantastycznym pomysłem na ostatnie takie lato
wczorajsza impreza w akademiku do dziś mi z twarzy nie schodzi w postaci błędnego uśmiechu tam tkwi
rozmowy o końcu początku żenujące wspomnienia
tego że coś się kończy nie przyjmuję do wiadomości
aaaaaaaaaach
dzisiaj zniosę wszystko. każdą wredną babę w autobusie


'Cause this is my United States of Whatever

czwartek, maj 11, 2006

lato?

czekanie na wiosnę nie bardzo miało sens, w tramwajach śmierdzi już latem, ludziom świecą się twarze, tak żarłocznie im się świecą, każdy coś ode mnie chce, oddaj magisterkę, oddaj książki z biblioteki, oddaj mi swoje nędzne pieniądze, resztki zadowolenia z siebie i pomysł na wakacje. na szczęście poza tramwajami pachną ogórki i nie ma już moheru.


'Cause this is my United States of Whatever

środa, maj 10, 2006

Nie bądź świnia!

Moi drodzy. Ponieważ zarówno Jakuzz jak i ja mamy do końca maja oddać prace magisterskie, których jak wiecie jeszcze nie mamy, proszę was o współpracę i wsparcie. Zaklinam was, nie wspominajcie o imprezach, rautach, koktailach, wystawach, prywatkach, kinie czy zupełnie nieuzasadnionym opijaniu się. Nie zapraszajcie, nie wyciągajcie, nie wabcie. Olejcie nas ciepłym moczem, zapomnijcie, wykreślcie z agend i kajetów.
I żeby nie było, że piszę to bo już mi całkiej odbiło i wymyśliłam sobie, że tak nas wszyscy rozchwytują. Nie, nie, ja zwyczajnie znam swoja i Jakuzza asertywność.
Dlatego też, moja prośba ma jeszcze drugą część: ZA NIC NA śWIECIE NIE ODBIERAJCIE OD NAS TEL. NIE ODPISUJCIE NA DESPERACKIE SMSY!!!!!!!!!
Nasze leserstwo to choroba. Na zwalczenie nie ma szans, ale chociaż tymczasowo musimy usunąć objawy. Może być ciężko, dlatego bez Was nie damy rady.
'Cause this is my United States of Whatever

wtorek, maj 09, 2006

jak to zrobić

Moi drodzy, jest 1:30 w nocy, siedzę i myślę, jak Zosi powiedzieć, że wobec braku hipertanich lotów oraz mojej nagłej zachcianki do Lizbony pojedziemy stopem.



'Cause this is my United States of Whatever

poniedziałek, maj 08, 2006

takie tam

dzisiaj jak zwykle konstruktywnie, włosy na czarno, płuca na szaro, półtora zaległego tlumaczenia, szukanie tekstów o brzydkich kobietach i brzydkich mężczyznach, rozmowy z nieistniejącymi być może freakami, a potem film The Freaks w Jadłodajni oczywiście, czarno-biały zabawny i smutny najlepszy film o odmieńcach i miłości ostatnio, wcześniej z kolei postanawiamy z Zo nie napierdalać się z ludzi, ale to by trudne było, więc wprowadzamy pewne zasady i już nam lepiej, teraz moja ulubiona pora, zginam się w paroksyźmie wyimaginowanego głodu dopóki nie przypomni mi się, że wciąż są lody, czas mija tak szybko, że nie ma co kropek stawiać, bo ja nie widzę, kiedy z jednej godziny robią się trzy następne


'Cause this is my United States of Whatever

niedziela, maj 07, 2006

We are all animals

Spatykam M. "po latach" i się nawet głupio cieszę. Choć znamy się najwyżej trochę i właściwie nie mam nawet za co go lubić. Ale on też nie ma za co lubić mnie. A lubi. Albo udaje.
Spotykamy się w miejscu kompletnie niespodziewanym. Oboje w biegu. I ja autentyczne się cieszę. I ja się teraz pytam: dlaczego??
Moja radość nie ma sensu. Bo cieszyć się powinno na coś, czego się chce. A ja nie chciałam spotkać M. Nie myślałam o M., nie zastanawiałam się co u niego. A jednak się dziś wyszczerzyłam i radośnie uściskałam.
I teraz myślę, że to musi być pozostałość po naszych zwierzęcych przodkach. Radość, że swojego spotykam, nie wroga. Wszak swój, nawet częściowo tylko oswojony i tak mi ogona nie odgryzie. Znaczy jeden zero dla nas w walce z "nimi".

A może zwyczajnie M. jest porządnym zjebem i lubie z nim gadać?

'Cause this is my United States of Whatever

sobota, maj 06, 2006

O jak dobrze

Teraz wszyscy będziemy szczęśliwi. Trzeźwi, czyści, bezgrzeszni, skromni, pracowici, uczciwi, wielkoduszni, mądrzy i pomocni. Nie mamy wyjścia.'Cause this is my United States of Whatever

piątek, maj 05, 2006

mam w dupie małe miasteczka cz.III

W DUPIE. Mojej męczonej jazdą na rowerku zmierzającym donikąd dupie, ha.
Mam teraz świadka beznadziejności mojego miasta, Pablo mnie nawiedził w ten weekend i zapewne odkrył, że beznadziejność Rzeszowa to po prostu moja beznadziejność, ja tam grzęznę w straszliwym spadku ciśnienia objawiającym się ustawiczną sennością, w toksycznych relacjach z toksyczną matką, w braku ludzi w knajpach, bo zawsze przyjeżdżam wtedy, gdy reszta wyjeżdża, w pogodzie i smrodzie, w telewizji i domowym cieście, w bólu głowy i ogólnym sflaczeniu.
ALE. Ale wróciłam, z twardym postanowieniem nie rzucania więcej żadnych nałogów, nie powracania do Rz. przez dłuuuuugi, dłuuuuuugi czas, nie postanawiania niczego na temat magisterki, no i cieszenia się tzw. życiem, co mi wychodzi od wczoraj doskonale. Słońce grzeje, spaliny wdzierają się wszędzie, stękam na siłowni, palę znów radośnie, skaczę po ulicy i tańczę w Aurorze, a wszystko ku chwale zgnębionej ostatnimi wydarzeniami ojczyzny. Jak rzekła Zosia dziś na siłowni (wciąż mnie śmieszy, że tam chodzę), "Ty wyciskaj, a ja podymam", i to jest staropolska uprzejmość we współczesnym wydaniu, której nigdy dość.


'Cause this is my United States of Whatever