Tak to już jest, że czasem trzeba dyskusji, by rozmówcy wyrzekłwszy swoje poglądy, ubrawszy je w słowa właściwe, sami w końcu byli w stanie pojąć co mają na myśli. Dopiero kiedy język giętki powie wszystko co pomyśli głowa, głowa wie co pomyślała.
Sapir i Whorf pisali o tym wiek temu, postulowali, że nie tylko myśli krystalizują się po werbalizacji, ale że niemożliwe jest myślenie bez języka. Rację mieli częściowo. Ale nie o tym ma być.
Wczorajsza noc przyniosła kompletny rozpad moich uczuć kibica (Niemcy już po czasie i w moim blond świecie to już liczyć się nie powinno), zawarcie pewnej znajomości tyle bezensownej co niespodziewanej, spacer w centrum i całonocną dyskusję wywlekająco-naprawiającą.
Jest to gatunek rozmów szczególnie dobrze znany w naszej piękniej Ojczyźnie, jeśli nie dla niej endemiczny. I jako godne córy narodu, pielęgnujemy tradycję. Wczoraj pielęgnowałyśmy aż do szóstej. Na koniec poszedł oczywiście Roman G. i po nim zrobiło się tak strasznie, że już trzeba było iść spać. A dziś świat był już naprawiony. Wstałam już o 11 i nawet nie było kolejki do łazienki.
A ja zwerbalizowałam i uświadomiłam sobie co myślę. Język pomógł.Nie sapirowsko pomógł, narzucając kategorie postrzegania, pomógł bardziej jako twór społeczny. Równie dobrze, mogłaby wyrysować myśli i w ten sposób skazać na nie Jakuzza a sobie je uzmysłowić. Nie umiem rysować, a mowa jest już dla mnie tak naturalna, że mówię nie zastanawiając się dlaczego. Mówię, bo w ten sposób dzielę się tym co myślę. Mówię, bo wtedy wiem, że mam sznse na zrozumienie. Albo sprzeciw. Na reakcję jakąkolwiek. I moje myślenie nie przez język jest kształtowane, ale przez tę reakcję właśnie. I przez rozum, który mówi, że warto się zgadać z Bralczykiem, a dobrze być w opozycji do Romana.