Od rana niedobrze, bo po przeprowadzce siedem kroków dalej zaszkodziło mi na szalenie ostatnio zdrowy sen i podziwiałam zyskaną nagle przestrzeń od czwartej nad ranem, a potem wiadomo, muszę do pracy razem z pierwszą zmianą ludu pracującego, więc mi pierwsze promienie słońca oświetlają uprzejmie donoszące strony Darmowej Gazety, a Gazeta uprzejmie donosi, jest źle, jest absurdalnie, prezesi sami przyznają sobie premie, nasze prawo to jawna dyskryminacja, podobno parą z "Nocy i dni" byli Jan i Bogumił, urzędnicy mianowani na zawsze psuć nam będą krew, Wałęsa startuje w wyborach, ale nie wie, jakich, warszawskim występem sezonu jest koncert Duran Duran, czy może być gorzej.
Bawię się w kurę domową i urządzam tymczasowo pokój, do sklepu uderzam w stroju co najmniej strasznym plus zmierzwiony włos, bo przecież sprzątam, ja się potem dziwię, że panie w sklepie mną gardzą.
Potem Armani ogłasza, bynajmniej nie w moją stronę to ogłasza, że wybiera brukselską karierę i wtedy znów jest źle, można już tylko planować skopanie mu tej eurokurwapejskiej dupy, ale ogólnie to wolimy, żeby został, tylko co z tego, że wolimy.
No to oglądamy The Wall, coby się mocniej zdołować, Zo zwana dalej Wytrwałym Widzem zasypia jakoś bezszelestnie, ja się zastanawiam, czy kiedyś polubię komedie romantyczne albo inne podnoszące na duchu gówno.
A Stina Nordenstam śpiewa
u nich, duński dance/nie dance sponsorem wieczoru, piosenka "Into the Wasteland" tylko i wyłącznie.
'Cause this is my United States of Whatever