wtorek, październik 31, 2006

wyrazy uznania

Zgodnie z obietnicą - dedykacja: niniejszy wpis dedykuję Missy, która znów skończyła 18 lat, czyli może już pić, palić i bezkarnie się niszczyć, dopóki jej się w wieku 24 lat nie znudzi. Ale tylko na chwilę, na weekend lub dwa. Miłego niszczenia, Missy!
Poniszczyłam się dziś chwilę w Jadło, całkiem urocze to było, koncert Mary Jane, zespołu z Łotwy, ale w 1/4 brazylijskiego, afterparty w wykonaniu jednego bufona i jednego pozytywnego człowieka z dysleksją, piwo Żywiec, międzynarodowy skład naszego stolika, jakieś zdania klecone po francusku i angielsku, jakieś papierosy palone niemal bez przerwy, takie zaskakujące preludium do moich ulubionych świąt, jutro wyjeżdżam do małego miasteczka, które mam w dupie i dziś trzeba było to jakoś znieczulić.
A wszystko to mówię kompletnie bez powodu, czasem tak mam, że muszę sobie opowiedzieć kawałek życiorysu, żeby uwierzyć, że on się w ogóle nadaje do opowiedzenia w kilku zdaniach, wtedy myślę: to niedobrze, to ma być materiał na dużo więcej. Jadę więc zbierać materiał na więcej i myśleć nad dalszą karierą, szukać źródeł optymizmu, bo mi się włączył czas typowo zimowy i ewidentnie skończyły się najdłuższe wakacje świadomego życia.

Chciałabym umieć odpowiedzieć na pytanie: i co teraz robisz. Na razie nie wiem. Tchu mi brak i tak dalej.

'Cause this is my United States of Whatever

środa, październik 25, 2006

szef kuchni poleca: leniwe

Mam nowy sposób na lenistwo, właśnie wymyśliłam, więc szybko się podzielę i odpływam robić tłumaczenie. Otóż sposób na lenistwo ma szansę przynieść ulgę i wybawienie zwłaszcza dziewczętom kochającym się w bohaterach seriali, aktorach, Hollywood, Bollywood i ogólnie świecie fikcji, a także takim jak ja nieczułym świniom, które nie kochają się w nikim i niczym. Wystarczy wyobrazić sobie, że właśnie oglądają film z nami w roli co najmniej drugoplanowej miliony widzów, taki mały Truman show, taki mały Big Brother. No, i wio! Miliony czekają, aż bohater/ka wysprząta wreszcie mieszkanie, ruszy dupę na siłownię lub poszaleje ze znajomymi w podejrzanie ciasnym klubie.
W następnym odcinku:
następnego odcinka nie będzie, tu leci poważny film, bohaterka tłumaczy ściśle tajne papiery dla japońskiego wodza Akisraki.


'Cause this is my United States of Whatever

niedziela, październik 22, 2006

long time, no shit

Nastąpiło zatwardzenie blogowe, za które obwiniam chwilowy brak internetu i kiepską dietę, ale już, już. Powracamy.
Zo ogłosiła, że jesień piękna jest, więc ja tylko ogłoszę, znów jest piękna, dziś miałam lata 70-te i spacery po liściach, udawanie, że kupię miód i że w przygodnym kościele chrzczą mi członka rodziny. Nabyłam niestabilny wieszak, bo niewiele mam w życiu rzeczy constans, wczoraj zaś chyba wypadł mi dysk, gdy woziłyśmy się po parkingu przed Praktikerem wózkami na zakupy. Śpiewa nam Fogg, malujemy największy pokój, wymyślamy słuchowisko radiowe z morderstwem w tle i jak zwykle bez przerwy robimy pranie w naszej nieskazitelnie czystej kuchni.


feat. Ulala, the terrible smoker


'Cause this is my United States of Whatever

poniedziałek, październik 09, 2006

Piękna jesień

To mimo wszystko jest piękna jesień, choć odkrywam prawdy, których wolałabym nie znać. Ale jest pięknie. Wzruszają mnie liście i szaliki i Pustki. Tchu mi braknie. Tramwaje kołyszą. Dawno już nie jeździłam nimi tak dużo. Dawno nie było mi tak smutno i tak dobrze jednocześnie. W zeszłe wakacje czułam się tak w pociągu Moskwa-Irkuck. Poczułam się dziwnie spójna. I teraz to wraca. Prawie nie pada, a kiedy już spadnie deszcz, to zawsze pięć minut po moim powrocie do domu. Ogółem nie jest źle. Zadziwia mnie pogoda i moje miejsce w drabinach ważności moich znajomych. Największe niespodzianki,2 nawet na plus. I to mi też dodaje skrzydeł. I latam po jesiennej Warszawie, tym razem chyba wiedząc już dokąd.
'Cause this is my United States of Whatever

sobota, październik 07, 2006

Notka lingwistyczna

Dzisiejszy odcinek sponsoruje słowo "upokorzenie".
Zastanawiam się nad nim od rana. Powtarzam w myślach po stokroć. Powtarzane ciągle, odbija się echem po czaszce.
Kiedy byłam mała, każde słowo powtarzałam wielokroć, aż straciło znaczenie i stawało się tylko dzwiękiem. Stół przestawał byś stołem i stawał się dwoma sylabami pachnącymi mchem. Nie wiem dlaczego mchem akurat, ale tak mi się kojarzył.
Dziś od rana powtarzam "upokorzenie", ale ciągle słowo nie traci znaczenia. W tramwaju powtórzyłam je dokładnie 342 razy. I nic. Dalej znaczy to samo.
Zastanawiam się dlaczego.
I może nie jestem już mała.
A może pojęcia abstrakcyjne nie tracą znaczenia.
A może upokorzona, raz na zawsze połączyłam dźwięk z uczuciem.
I może to dzień na czucie się upokorzoną.
A może ja tylko bredzę.
Mam nadzieję, że po kolejnych 200 powtórzeniach straci znaczenie. Jeśli nie, to chyba dorosłam.

'Cause this is my United States of Whatever