Żyję w kraju katolickim. Przyzwyczaiłam się. Pan Prezydent chodzi z żoną do kościoła i mnie to zupełnie nie przeszkadza. Ja wiem, że statystycznie 94% Polaków jest katolikami( Badanie z 2004), choć jedynie 19,8% to bardzo wierzący, kolejne 72% umiarkowanie, a reszta jest niezdecydowana w sprawach wiary.
I ja to wszystko rozumiem i w te statystyki wierzę. Ale pojawia się pytanie co znaczy być katolikiem? Czy jako osoba ochrzczona w liczam się do tych 94%, jako niezdecydowana, czy może jestem w 6% mniejszości wyznaniowych?
I kto to jest te 72% katolików w naszym kraju, którzy są "wierzący", czym różnią się od "bardzo wierzących". Bardziej wierzą w boga? Bo ja nie rozumiem, jak można bardziej lub mniej wierzyć. Czy może bardzo wierzący, to Ci, którzy regularnie dopełniają wszelkich katolickich obowiązków, a wierzący, to Ci, którzy tylko niektórych.
Nie ważne. Zastanawia mnie tylko, ile z tych osób akceptuje wszelkie postanowienia kościoła zupełnie bezwarunkowo? Ile z nich wierzy tak bardzo, że przyjmuje dogmaty. Ile traktuje wiarę jak wyznacznik norm postępowania, a ile było ochrzczonych i lubi zapach kadzidła.
Jak duża, w końcu, część naszego katolickiego narodu została, tak jak ja. ochrzczona, wybierzmowana i zupełnie nie utożsamia się z tą religią.
A zastanawiam się nad tym wszystkim, bo wydaje mi się, że nie tylko mnie przeraża to co się dzieje w naszej polityce. Ja rozumiem, że pan prezydent jest katolikiem i z żoną do kościoła chodzi. Niech chodzi. Ja rozumiem, że pan premier chodzi tam z mamą, połowa ministrów służyła do mszy a kobiety LPR to silna grupa. Ja to wszystko rozumiem.
Ale do cholery, dlaczegojako już-nie-katoliczka mam żyć zgodnie z ich religią. Dlaczego trąbią o poszanowaniu godności, skoro oni mojej- innowierczej- godności nie szanują. Mojej i pozostałych 6% społeczeństwa. I pewnie wielu innych.
Dlaczego LPR chce zmieniać konstytucję? Po co, ja się pytam??
Nie dość, że zachodząc w ciążę nie mam prawa decyzji o losie własnym i MOJEGO dziecka. Rząd na szczęście pomyślał za mnie, zakazał. Już nie muszę nawet ruszać własnego sumienia. Już nie ja decyduję. Teraz Pan Giertych i jego świta, zabiorą mi prawo do przerwania ciąży pochodzącej z gwałtu, chorej lub mnie samej zagrażającej. Otóż panie Giertych, z całym szacunkiem, o swoim życiu wolę decydować sama. I o tej traumie po gwałcie i o zagrożeniu mojego życia i o dramacie, jakim jest urodzenie dziecka martwego, lub śmiertelnie chorego. I to dramacie nie tylko dla matki ale i dla dziecka. Nie wierzę bowiem, że dziecku urodzonemu w wyniku gwałtu, brak miłości rekompensować będzie becikowe.
Tu muszę zaznaczyć, że nie jestem w ciąży, ani jej nie przerwałam, ale siadłam spokojnie w domu i zastanowiłam się, co bym zrobiła na miejscu głupiej 18 latki, przerażonej 23latki, czy jakiejkolwiek innej kobiety, która znalazłaby się w ciąży nieplanowanej. I nie wiem. I nikt nie wie. Nawet Pan Giertych. Szczególnie pan Giertych nie może wiedzieć, co to znaczy oddać swoją macicę, czemuś, komuś, kogo się boi, kto jest intruzem, kto zagraża. Bo takie mogą mieć odczucia kobiety, które nie chcą, nie mogą urodzić tych dzieci. Zanim więc, ktokolwiek się zdenerwuje na mój lewacki wpis, niech zastanowi się, co by było, gdybyś to ty droga koleżąnko, albo Twoja dziewczyna, drogi kolego- była w niechcianej, niebezpiecznej ciąży. Ja nie wiem.
A Panu Giertychowi, jak również Wielkim Braciom i reszcie mądrych, życzę, by dostali od boga macice i nosili w nich dzieci gwałcicieli. I niech się cieszą tym największym z darów pańskich.
Jeśli ktoś się nie zgadza na wprowadzenie poprawki do konstytucji, niech klika
tu.
'Cause this is my United States of Whatever