Królicza łapka
Oto nadeszła wiekopomna chwila. W ciepłym grudniu, w kochanej, pokracznej Warszawie , w stanie ducha zupełnie miejscu i porze roku nieodpowiadającym, sumuje się zeszły rok. Pięknie się sumuje. Globalne ocieplenie i lokalne odpuszczenie znacznie przyczyniły się do ogólnej poprawy kondycji psychicznej. W 2006 prawie nie było zrzędzenia, było za to dużo piasku i stukniętych ludzi. Rok, jak twierdzi Jacuzz, upłynął pod znakiem HC. Początkowo płynął pod prąd, ale po radykalnej zmianie feng-shui w mieszkaniu popłynął już wartko i bez przeszkód.
Nadziało się w tym roku niemożebnie dużo. Pozmieniało się wszystko tak bardzo, że momentami wróciło do punktu wyjścia. Ale w jakiś dziwnaczny, zupełnie niewytłumaczalny sposób ten rok chyba zmienił coś w mojej przyciasnej głowie, bo grudzień już, a ja ciągle bez depresji.
Może dlatego, że ciągle czuję marokańskie słońce i słyszę rumuńskie śpiewy. A może dlatego, że już wiem, że czasem wystarczy usiąść i poczekać.
Jedno jest pewne, jak jest źle, trzeba gdzieś pojechać. Choćby do Łodzi. Byleby tanio i bez planu.
Po tych podróżach mam w głowie katalog obrazów, głosów, rąk, smaków, samochodów, biletów, siniaków i zupełnie bezwartościowych drobiazgów. I chociaż nigdy, jak to było w planie, ich nie opisałyśmy, to wiem, że się nie zgubią.
Warto było rzucić pracę i zostać, w oczach zaradnych, kompletnym czubem.
Do hitów roku zaliczam dwukrotne rzucenie tej samej pracy, piosenkę Sand, pewnych Szwedów, i Holendrów, drugie (jeszcze nie wyklute) dziecko mojej niby-siostry, nowe, doskonałe współlokatorki no i boską niezmordowaną jacuzzi, oraz szczególnie moją dzielną mamę, która nie przestaje mnie zaskakiwać.
I dobrze jest, tu i teraz. Nawet z faktem, że jestem biurwą.
A 2007 będzie jeszcze lepszy. Dla wszystkich, no oprócz narciarzy.
'Cause this is my United States of Whatever
Nadziało się w tym roku niemożebnie dużo. Pozmieniało się wszystko tak bardzo, że momentami wróciło do punktu wyjścia. Ale w jakiś dziwnaczny, zupełnie niewytłumaczalny sposób ten rok chyba zmienił coś w mojej przyciasnej głowie, bo grudzień już, a ja ciągle bez depresji.
Może dlatego, że ciągle czuję marokańskie słońce i słyszę rumuńskie śpiewy. A może dlatego, że już wiem, że czasem wystarczy usiąść i poczekać.
Jedno jest pewne, jak jest źle, trzeba gdzieś pojechać. Choćby do Łodzi. Byleby tanio i bez planu.
Po tych podróżach mam w głowie katalog obrazów, głosów, rąk, smaków, samochodów, biletów, siniaków i zupełnie bezwartościowych drobiazgów. I chociaż nigdy, jak to było w planie, ich nie opisałyśmy, to wiem, że się nie zgubią.
Warto było rzucić pracę i zostać, w oczach zaradnych, kompletnym czubem.
Do hitów roku zaliczam dwukrotne rzucenie tej samej pracy, piosenkę Sand, pewnych Szwedów, i Holendrów, drugie (jeszcze nie wyklute) dziecko mojej niby-siostry, nowe, doskonałe współlokatorki no i boską niezmordowaną jacuzzi, oraz szczególnie moją dzielną mamę, która nie przestaje mnie zaskakiwać.
I dobrze jest, tu i teraz. Nawet z faktem, że jestem biurwą.
A 2007 będzie jeszcze lepszy. Dla wszystkich, no oprócz narciarzy.
'Cause this is my United States of Whatever