sobota, grudzień 30, 2006

Królicza łapka

Oto nadeszła wiekopomna chwila. W ciepłym grudniu, w kochanej, pokracznej Warszawie , w stanie ducha zupełnie miejscu i porze roku nieodpowiadającym, sumuje się zeszły rok. Pięknie się sumuje. Globalne ocieplenie i lokalne odpuszczenie znacznie przyczyniły się do ogólnej poprawy kondycji psychicznej. W 2006 prawie nie było zrzędzenia, było za to dużo piasku i stukniętych ludzi. Rok, jak twierdzi Jacuzz, upłynął pod znakiem HC. Początkowo płynął pod prąd, ale po radykalnej zmianie feng-shui w mieszkaniu popłynął już wartko i bez przeszkód.
Nadziało się w tym roku niemożebnie dużo. Pozmieniało się wszystko tak bardzo, że momentami wróciło do punktu wyjścia. Ale w jakiś dziwnaczny, zupełnie niewytłumaczalny sposób ten rok chyba zmienił coś w mojej przyciasnej głowie, bo grudzień już, a ja ciągle bez depresji.
Może dlatego, że ciągle czuję marokańskie słońce i słyszę rumuńskie śpiewy. A może dlatego, że już wiem, że czasem wystarczy usiąść i poczekać.
Jedno jest pewne, jak jest źle, trzeba gdzieś pojechać. Choćby do Łodzi. Byleby tanio i bez planu.
Po tych podróżach mam w głowie katalog obrazów, głosów, rąk, smaków, samochodów, biletów, siniaków i zupełnie bezwartościowych drobiazgów. I chociaż nigdy, jak to było w planie, ich nie opisałyśmy, to wiem, że się nie zgubią.
Warto było rzucić pracę i zostać, w oczach zaradnych, kompletnym czubem.
Do hitów roku zaliczam dwukrotne rzucenie tej samej pracy, piosenkę Sand, pewnych Szwedów, i Holendrów, drugie (jeszcze nie wyklute) dziecko mojej niby-siostry, nowe, doskonałe współlokatorki no i boską niezmordowaną jacuzzi, oraz szczególnie moją dzielną mamę, która nie przestaje mnie zaskakiwać.
I dobrze jest, tu i teraz. Nawet z faktem, że jestem biurwą.
A 2007 będzie jeszcze lepszy. Dla wszystkich, no oprócz narciarzy.

'Cause this is my United States of Whatever

wtorek, grudzień 26, 2006

Ho ho ho

Nareszcie minęło nasze słodkie merry christmas i można przestać chować się w domu przed choinkowym nastrojem i kolędami Rysia Rynkowskiego. W tym roku postanowiłam bardziej niż zwykle mieć w dupie małe miasteczka i beztrosko zostałam w Warszawie, gdzie oddawałam się rozrywkom typu spanie, zakupy, oglądanie filmów w ilościach hurtowych, a także jednemu detalicznemu zdarzeniu pt. bożonarodzeniowe picie z najlepszymi koleżankami z pracy EVER i kilkunastoma mniej lub bardziej przypadkowymi osobami. Uroczo było, w dodatku nie musiałam nawet patrzeć na kapustę, how merry is that.
Pojechałabym do Turcji, podobno mają tam kebaby z RYBĄ. Mmm.
Zbliża się intensywny weekend, więc chyba już czas na krótkie podsumowanie 2006: nie było źle. 3 miesiące depresji, a potem desperacka terapia w postaci porzucenia pracy, kilku niesamowitych podróży, walki z bankructwem, poznania setki osób, pracy w radiu, fałszowania na ulicach i w przedpokoju, zamieszkania z doskonałymi współlokatorkami, olania kwestii spędzającej mi swego czas sen z powiek aka magisterki, powrotu do tej samej pracy!, ciągłego zadziwienia niezwykłością zdarzeń, takie tam. Dalej może być tylko lepiej, czego wszystkim oczywiście życzę, to będzie ho ho ho cholernie dobry rok.



'Cause this is my United States of Whatever

wtorek, grudzień 19, 2006

uśpione dziecko

Obejrzałam w niedzielę "Uśpione dziecko" i to było zakończenie kiepskiego filmowego tygodnia, w rozczarowującym "Niebem nad Berlinem" i "Przyjaciółmi" w roli idealnych towarzyszy dla marokańsko-belgijskiego obrazu. Niby ładnie i mądrze, a jakoś bezbarwnie, nie rozumiem na przykład, dlaczego "Przyjaciele" w ogóle powstali, skoro to film tak straszliwie wtórny, dlaczego Wenders opowiada w takim, a nie innym tempie, dlaczego "Uśpione dziecko" nie jest 20-minutowym dokumentem.
Ale to tylko mały wstępik, w zasadzie tytuł notki nie dotyczy filmu, uśpione dziecko to taka fajna zabawa dla każdego. Z okazji świat (których, zaznaczam, nienawidzę i ogólnie nie ma ich w tym roku) przypomniało mi się, jak się takie dziecko budzi, jak nagle śmieje się z nadmuchanego Mikołaja, grzebie rękami w piasku, śpiewa na ulicy mimo straszliwego braku talentu albo buduje sobie z klocków wyspę. Z dzieckiem nie zawsze jest wesoło, dziecko ma też swoje większe i mniejsze koszmarki w głowie za małej, by to wszystko pomieścić. I dziecko sobie z tym nie radzi, ale taki lajf, czyż nie, więc chowamy brudne rączki za zgarbione plecki i może ktoś się z nami jednak pobawi. W dziecku jest jakaś straszliwa chęć przeżycia, nieważne, że boli, biegniemy dalej, komuś trzeba przyłożyć, kogoś trzeba przytulić, jest bardzobardzo zimno, ale to nie szkodzi. Dziecko jest małe, ale niezniszczalne.
I kto wpadł na pomysł, żeby je w ogóle usypiać. No wayzzz, moi drodzy, budźcie dzieci i wpadajcie budować wyspę z klocków. Zrobimy później ognisko z moich kserówek z pięciu lat studiów, niech szczeźnie to przykre wspomnienie.


'Cause this is my United States of Whatever

czwartek, grudzień 14, 2006

wprowadzka

Zatęskniłam. Chrzanić patriotyzm, liczą się tylko machiny do robienia pieniędzy, ja i tak mam szczerą nadzieję, że twórcy blogspota to nie pedofile czy coś i nie przykładam ręki do zagłady planety.
No to update, bo się dawno nie wywnętrzałam, w updejcie Wam powiem, nie jest źle, chociaż na pewno istnieją ciekawsze zajęcia niż wszystko, co ostatnio robię. Smętny los lektorki, prawda. Ale sukces - w najbardziej leniwej, ale fantastycznej grupie udało mi się nauczyć ich przez kilka miesięcy kilku istotnych słów i wyrażeń, w tym "rolling pin", "to hump" i "firmly embedded in one's anus". Jak ja nauczę angielskiego, to nie ma ch**a we wsi.
Okazałam się nienasyconym zwierzęciem imprezowym, ale to żadna siurpryza.
Jeden dzień śniegu uznaję za skandal, nie mówmy o tym, żenua.

A na świąteczny prezent - a band of geeks. Ohydna kategoria pt. indiepop, uroczy kawałek słabego zespołu i wstrząsający taniec wokalisty. Nawet ja się tak nie ruszam.


Voxtrot - The Start of Something (live)


aaaaaaaaa