środa, luty 28, 2007

łańcuszki i inne choroby

Życie nas ostatnio ciężko, wręcz boleśnie, a w dodatku symultanicznie doświadczyło podwójną grypą albo i nie grypą, jedną skręconą kostką i przeprowadzką. Na domiar złego brak dostępu do mojej ulubionej zabawki, nie są to klocki, sprawia, że czytam tak starożytne wynalazki jak książki, jeszcze chwila i zacznę szydełkować. Przeniosłam się pół dzielnicy dalej i cztery dni zajęła mi aklimatyzacja. Moloch na granicy Śródmieścia i Woli nadawałby się idealnie do filmu „Hotel” Mike’a Figgisa, tak samo skrzypi tam windziana codzienność i powojenne stawy mieszkańców. Z tapczanu wyniesionego ofiarnie przez dwóch reprezentantów ekskluzywnej grupy Naszych Ulubionych Kolegów i ustawionego pod rzeczoną windą zniknął kocyk, by pojawić się ponownie półtora dnia później. Mam dziwne wrażenie, że unikam własnego mieszkania, koniec kroniki niesamowitych wypadków.

Tymczasem -skoro już dorwałam się do ulubionej zabawki - czas sprostać wyzwaniu rzuconemu przez pana od perturbacji i wyjawić pięć zaskakujących faktów na własny temat.

1. Przez całe wczesne dzieciństwo śniły mi się osoby i rzeczy, których nie znikały po obudzeniu. Jakkolwiek to brzmi.
2. Tak długo chciałam być chłopcem, że rodzice dotąd się martwią.
3. W ósmej klasie podstawówki (być może ściemniam, ale wydaje mi się, że to było wtedy) widziałam kilka odcinków "Czarodziejki z księżyca". Później postanowiłam już nigdy się nie nudzić.
4. Gdy jestem czymś wyjątkowo zniesmaczona lub przygnębiona, fizycznie czuję, jakbym nawdychała się spalin. Ale może to efekt życia w stolicy.
5. Ni ch*** nie pamiętam bajki o Jacku i Agatce.

Uff. Muszę teraz uszczęśliwić pięć kolejnych osób zaproszeniem do tej samej rozkosznej zabawy. Macie szansę przeczytać pięć faktów o Michale, Ulili, Madame Morbide, Królowej Śniegu (?ale pewnie za trzy miesiące)oraz, hm, Dupie Zbitej?pardon.
Nienawidzę łańcuszków, fakt numer 6.


'Cause this is my United States of Whatever

czwartek, luty 15, 2007

Choć nigdy nie sądziłam, że tęsknić można tak bardzo

Mózg wypełniają mi fora i tabele. Dobrze, że ściany pokoju nie są białe. Wtedy to już tylko kaftan. I gotowe. Zastanawiam się, kiedy ostatni spędzałam tyle czasu sama. Nie mam aż tak dobrej pamięci.
Zaczyna się bunt organizmu. Czytana książka nie pomaga mi w zachowaniu normalności. Wyjęłam dziś plecak, po to tylko, żeby go dotknąć. Nie umiem nie pamiętać zapachu dworca w Niemczech czy marokańskich kur. Ciągle pamiętam ból ramion w Tangerze. Pamiętam jak nie wierzyłam, że uda się dojechać. Kiedy nie spałam całą noc przed wyjazdem, i prawie znów zaczęłam się modlić. Pamiętam las we Frankfurcie i cherry w Jerez. Pamiętam miliony faktur i kolorów. Ale powoli zaczynam zapominać gdzie je widziałam. Powoli wyciekają mi z pamięci kolejne minuty spędzone w drodze. Twarze, ręce, chmury.
Chcę zakonserwować jak najwięcej drobiazgów. Biletów, odcisków. Zupełnie niepotrzebnych śmiesznych talerzy. Zapakować je szczelnie, żeby nie zgubić. Zapisać, nagrać, zarejestrować. Ale jeszcze bardziej przeżyć więcej. Jechać gdziekolwiek, bo wtedy każdy dzień jest świętem.
Teraz mogę tylko wyjmować z głowy ślady po obcych miejscach. Obracać je i zdmuchnąć kurz. Słucham muzyki z Vengo. Żyję podróżami innych. Oglądam zdjęcia i milczę. Ale zaczyna kłuć żal.


'Cause this is my United States of Whatever

czwartek, luty 08, 2007

caring is creepy

Kilka smutnych godzin bez papierosa dobiega końca i nie był to nawet wyraz buntu przeciw koncernom tytoniowym, niestety. Czyli dzień bez zwycięstw. Wygodnie układam się na tarczy i czekam, aż zacznę się z tym czuć głupio, ale w zasadzie nie podejrzewam się o tak skomplikowane uczucia.
Nie ma lekko.Jeśli nie dzwonię przez kilka miesięcy, to później już nie potrafię, to rodzaj paraliżu, sama myśl mnie zabija. Nie odzywam się więc do rodziców i mam cichą nadzieję, że okażę się adoptowana, wtedy mam szansę odzywać się do tych nowych rodziców przynajmniej. Może oni odezwą się pierwsi, TVN mi kwiaty przyśle, to wiele ułatwi.
I jeszcze: nie znam 3/4 swojej rodziny i ich pogrzeby mnie nie wzruszają. Być może to mylne wrażenie, ale chyba i tak nie umierają. Umierają najwyraźniej ci, z którymi nie jestem spokrewniona, znajomi przeżywają swoje ciche dramaty, a mi głośno smutno. Niniejszym przepraszam sąsiadów za dzisiejszą dawkę Zorna, ja się rzadko wzruszam, ale.
Jeśli znajdziecie mi sensownych rodziców biologicznych, to ja czekam. Mam mnóstwo darmowych minut.


'Cause this is my United States of Whatever