wtorek, kwiecień 24, 2007

brzegu nie widać

Za dużo na stałym lądzie, za mało na Wyspie. Dopiero gdy próbuję coś nowego napisać, rozumiem, że nic się nie zmieniło, nadal czekam, aż skończą się kolejne dni, nadal myślę, że będzie dobrze, ale zawsze w czasie przyszłym. Czas opanować teraźniejszy, a to nigdy nie był mój ulubiony poziom.
Mimo wszystko z przyjemnością ogłaszam, że teraźniejszość czuję obecnie wyjątkowo intensywnie, a to za sprawą początków przeziębienia czy czegoś. Co jest akurat pozytywnym objawem, gdyż skutecznie kasuje wszelkie inne nieprzyjemne klimaty minionego weekendu, atakujące pomiędzy każdym kolejnym odcinkiem „Przyjaciół”, ponieważ tak, niestety, jednak potrafią mnie wciągnąć seriale. Na razie aż trzy, ale może być gorzej, chociaż kilka linijek wcześniej twierdzę coś zgoła innego. Poza serialem zostają jeszcze kąpiele z "Grą w klasy" w tle i umysłem napiętym z wysiłku, a dłonią ze stresu, iż zatopię wiele genialnych tekstów („Właśnie w takiej chwili można by mówić o nasyceniu rzeczywistością, nie sądzisz?”). Mój brak planu na kilka następnych miesięcy życia runął z potężnym hukiem i stał się jakimś odrażającym ciągiem możliwych zdarzeń; o dziwo, nagle myślę, że to mnie jakoś obudzi i coś wreszcie ze sobą zrobię, wśród wielu opcji pojawia się emigracja, nauka dowolnego tańca, praca za jeszcze mniejsze, bo zerowe pieniądze, przeczytanie czegoś w języku, którego kompletnie nie znam, względnie nieco aktywniejsze poszukiwanie życiowej pasji (tymczasem wyeliminowałam pomysł zostania działaczką na rzecz).
Najbardziej nie lubiłam, jak mi głowa pękała na kawałki z powodów prozaicznych typu halny w środku miasta, czy ja po to wynajmuję tę klitkę w centrum wszechświata, żeby mi tu halny szalał? Takich wynalazków jest więcej, nabyta w Warszawie supermoc pod tytułem niewidzialność również mnie rozwala, czy te babcie naprawdę nie widzą, że napierają na me słabe, acz słusznych rozmiarów ciałko, czy naprawdę wierzą, że na ich bazarowe parasole nikt się nie nadzieje, czy wreszcie muszą mi robić konkurencję w kwestii fatalnego doboru kolorów ubrań oraz ranić uszy rozmowami o śmierci, o której wiem już absolutnie wszystko, czyli więcej nie chcę? Mała rzecz, a męczy, moje cierpienia tramwajowe zasługują na co najmniej sonet.
Aaaale, co jest fajne? Wiosna. Kolejna zresztą w tym roku. Myśl, że miałam gdzieś wyjechać za parę dni, a teraz już nie wiem. Głupie podsumowania, w których często mi wychodzą straszliwe manka, bo gdzie się podziali wszyscy, którzy mogliby jakoś usprawiedliwić mój pobyt w tym mieście, gdyż już wszyscy wiemy, że nie będzie to chęć zdobycia wyższego wykształcenia. Gdyby się pojawili, zapewne raczej bym milczała niż mówiła, bo ustalaliśmy już wielokrotnie, że pytania „co u ciebie?” mają sens li i jedynie w odstępach dziesięcioletnich. Gdyby się pojawili i byli zawsze, matka przestała twierdzić, że KIEDYŚ byłam szczęśliwa, a ojciec pytać ”co u ciebie”, wszak aż tak rzadko nie dzwoni - to by dopiero była wiosna, wszystkim takiej życzę.
Kto ma sobotnie Wysokie Obcasy, nich szybko zajrzy na stronę z Hitami i Kitami, bo tam Polpo Motel, nasi radiowi goście kiedyś, a silna inspiracja zawsze. Gdyby nie brak cholernego stałego łącza, nie przegapiłabym ich ostatniego koncertu. Czekamy na płytę, na lato, na moment, w którym zrozumiem, że piszę za długie notki, papa.


'Cause this is my United States of Whatever

środa, kwiecień 11, 2007

Horoskop szkolny i inne atrakcje

Po zmroku miasto przyjazne i piękne. W słuchawkach pieprzę Cię miasto czule. Podpisuję się zżartą przez kota ręką. Potem śmieję się z Arthurem z TEJ korporacji. Ją też pieprzę czule. Rozbuchało się libido. W pracy brak wyzwań, więc wymyślam projekt NN, i kolejny, i następny. Do końca tygodnia planuję zamknąć ZZ. Tymczasem dziwna hossa nastrojowa. Sprawdza się horoskop. Chociaż jest dla szóstoklasistów i pisze go M. biurko obok. Widać ma dar. Na wszelki wypadek się z nim nie kłócę. Odkryłam, że mam czerwoną bluzkę. I będę ją nosić jak order. Pięknie podkreśla problemy z naczynkami.

'Cause this is my United States of Whatever

poniedziałek, kwiecień 02, 2007

Dom całkiem pusty. Chodzę po nim boso i rozmawiam z echem. Zawsze odpowiada twierdząco. Nienawidzę telefonu. I to nawet nie ze względu na fakt, że ma beznadziejny dzwonek i nawet babcie w autobusach uważąją, że jestem passe.
Chodzę po domu w pidżamie i popijam kawę. Słucham Pink Floyd, choć pewnie są jeszcze bardziej passe niż mój dzwonek. W pracy zostaję po godzinach, bo po co mam niby wracać do domu. Chodzenie w pidżamie nie jest aż tak pasjonujące.
Śnią mi sie znów motyle - samobójcy. Mają czerwone skrzydła i wiem, że to od mojej krwi. Budzę się jakaś dziwnie słaba. Może nawet kiedyś obudzę się blada. Ale nie dzielmy skóry na niedźwiedziu.
Tymczasem wymyśliłam plan na życie, więc będę miała co porzucić za tydzień. Podjęłam jedno postanowienie i zrobiłam bilans ostatniego roku. Piękne podsumowanie. Oparte w głównej mierze na księgowości kreatywnej.
Nadeszła wiosna. I nawet się cieszę. Niestety objawia się to głównie kupowaniem kolejnych butów, na które mnie absolutnie nie stać.
Na szczęśćie pogoda się zmienia. Na starszą. I już niedługo nawet butów mi się nie zechce kupować.
'Cause this is my United States of Whatever