brzegu nie widać
Mimo wszystko z przyjemnością ogłaszam, że teraźniejszość czuję obecnie wyjątkowo intensywnie, a to za sprawą początków przeziębienia czy czegoś. Co jest akurat pozytywnym objawem, gdyż skutecznie kasuje wszelkie inne nieprzyjemne klimaty minionego weekendu, atakujące pomiędzy każdym kolejnym odcinkiem „Przyjaciół”, ponieważ tak, niestety, jednak potrafią mnie wciągnąć seriale. Na razie aż trzy, ale może być gorzej, chociaż kilka linijek wcześniej twierdzę coś zgoła innego. Poza serialem zostają jeszcze kąpiele z "Grą w klasy" w tle i umysłem napiętym z wysiłku, a dłonią ze stresu, iż zatopię wiele genialnych tekstów („Właśnie w takiej chwili można by mówić o nasyceniu rzeczywistością, nie sądzisz?”). Mój brak planu na kilka następnych miesięcy życia runął z potężnym hukiem i stał się jakimś odrażającym ciągiem możliwych zdarzeń; o dziwo, nagle myślę, że to mnie jakoś obudzi i coś wreszcie ze sobą zrobię, wśród wielu opcji pojawia się emigracja, nauka dowolnego tańca, praca za jeszcze mniejsze, bo zerowe pieniądze, przeczytanie czegoś w języku, którego kompletnie nie znam, względnie nieco aktywniejsze poszukiwanie życiowej pasji (tymczasem wyeliminowałam pomysł zostania działaczką na rzecz).
Najbardziej nie lubiłam, jak mi głowa pękała na kawałki z powodów prozaicznych typu halny w środku miasta, czy ja po to wynajmuję tę klitkę w centrum wszechświata, żeby mi tu halny szalał? Takich wynalazków jest więcej, nabyta w Warszawie supermoc pod tytułem niewidzialność również mnie rozwala, czy te babcie naprawdę nie widzą, że napierają na me słabe, acz słusznych rozmiarów ciałko, czy naprawdę wierzą, że na ich bazarowe parasole nikt się nie nadzieje, czy wreszcie muszą mi robić konkurencję w kwestii fatalnego doboru kolorów ubrań oraz ranić uszy rozmowami o śmierci, o której wiem już absolutnie wszystko, czyli więcej nie chcę? Mała rzecz, a męczy, moje cierpienia tramwajowe zasługują na co najmniej sonet.
Aaaale, co jest fajne? Wiosna. Kolejna zresztą w tym roku. Myśl, że miałam gdzieś wyjechać za parę dni, a teraz już nie wiem. Głupie podsumowania, w których często mi wychodzą straszliwe manka, bo gdzie się podziali wszyscy, którzy mogliby jakoś usprawiedliwić mój pobyt w tym mieście, gdyż już wszyscy wiemy, że nie będzie to chęć zdobycia wyższego wykształcenia. Gdyby się pojawili, zapewne raczej bym milczała niż mówiła, bo ustalaliśmy już wielokrotnie, że pytania „co u ciebie?” mają sens li i jedynie w odstępach dziesięcioletnich. Gdyby się pojawili i byli zawsze, matka przestała twierdzić, że KIEDYŚ byłam szczęśliwa, a ojciec pytać ”co u ciebie”, wszak aż tak rzadko nie dzwoni - to by dopiero była wiosna, wszystkim takiej życzę.
Kto ma sobotnie Wysokie Obcasy, nich szybko zajrzy na stronę z Hitami i Kitami, bo tam Polpo Motel, nasi radiowi goście kiedyś, a silna inspiracja zawsze. Gdyby nie brak cholernego stałego łącza, nie przegapiłabym ich ostatniego koncertu. Czekamy na płytę, na lato, na moment, w którym zrozumiem, że piszę za długie notki, papa.
'Cause this is my United States of Whatever