wtorek, listopad 27, 2007

czasami człowiek musi, inaczej...

Kolejny dowód mojej niezłomności już przed Wami.
Otóż po głębszych refleksjach dochodzę do wniosku, że mój bunt był równie słuszny, co głupi.
Zatem postanawiam srać na to, czy to politycznie poprawnie nadal na wyspie pozostawać, czy może jednak wyjście z twarzą wymagało wyjścia z tego świata pachnącego papierosami i Warszawą.
Pora zwierzeń:
słucham podpowiedzianego przez last.fm Benjamina Biolay i myślę sobie, że jednak web 2.0 to ściema. I mądrość ogółu nijak się nie ma do mojej prywatnej głupoty. Tak jak Keren Ann nijak się ma do Benjamina B.
Jednakowoż, gibam się w rytm. I słucham jak śpiewa w języku, którego nigdy się nie nauczę.
I nawet mnie wzruszył taki oto fragment ( śmierdzi telenowelą i ja to wiem):
Mais c'est douloureux dedans
C'est douloureux dedans
C'est délicieux pourtant
Je manque un peu de cran
C'est contagieux le temps
C'est contagieux le temps

Wzruszył mnie zwłaszcza w kontekście dziwnego toku rozumowania w głowej mej prywatnej, oraz ostatnio odgrzebanej książki Tofflera, której swój podręczny egzemplarz pożyczyłam, a w efekcie zmuszona jestem cytować z sieci i po angielsku: "Future shock is the shattering stress and disorientation that we induce in individuals by subjecting them to too much change in too short a time. "
Przy 3 papierosie na mrozie dziś zrozumiałam, że Toffler ma rację. I jestem najsłabszym ogniwem, bo nie potrafię sie w tym tempie poruszać, nie potrafię oddychać, a jednocześnie bez niego się duszę.
But on the other hand, Aimee Mann sobie śpiewa
"Oh, for the sake of momentum
I've allowed my fears to get larger than life
And it's brought me to my current agendum
Whereupon I deny fulfillment has yet to arrive"
i kiedy już przestaję się zastanawiać:
And I know life is getting shorter
I can't bring myself to set the scene
Even when it's approaching torture
I've got my routine
But I can't confront the doubts I have
I can't admit that maybe the past was bad
And so, for the sake of momentum
I'm condemning the future to death
So it can match the past."
Potem myślę długo o tym, że nie mam na nic czasu i jakie to właściwie głupie powiedzenie, bo mam czas na wszystko. Chociaż pewnie umrę młodo, jak każdy nieuleczalny amator rzeczy beznadziejnych. Tu jeszcze bardziej przeraża mnie myśl, że skoro mam czas, to pewnie chęci nie mam. Na szczęście jest zima i mogę wszelkie dylematy zgonić na depresję zimową, która nie nadeszła od 2 lat.

Dziwnie się to wszystko układa i łączy. Może tylko w moje głowie się łączy, a dla rozsądnych nie ma sensu ten zlepek. Ja tam wolę wierzyć, że to postmoderna.
Ale jak wiecie, ja się lubię mylić.


'Cause this is my United States of Whatever

sobota, listopad 17, 2007

sen zimowy

zawierucha na blogu, ale nie martwcie się, macie jeszcze mnie. może niespecjalnie się ostatnio udzielam, ale o tej porze roku zapadam w sen zimowy, to chyba normalne. jednakowoż. czasem się uniosę na łokciu i coś napiszę, zwłaszcza coś zawierającego słowo "coorvah", gdyż jak wskazują statystyki, to właśnie słowo, tak właśnie pisane, staje się ostatnio przedmiotem sieciowych poszukiwań na masową skalę. tak, tak, już nie Miriam, już nie Big Brother. to i niektóre korpoświnie, ale przemilczmy. kto wyjaśni, dlaczego "coorvah" jest en vogue, dostanie 10 komentków i dożywotni abonament na newsletter zespołu Tokio Hotel.
i dalej w klimacie przekleństw blogosfery: przekonajcie Zo, żeby pisała dalej, zanim skreśli absolutnie każdy przejaw życia sprzed korpo. no bo Zo, co za różnica, myślę. każdy wie, że ten blog to ściema, nikt nie nabierze się na tę cierpliwie tkaną balladę o depresji. wiadomo, że jesteśmy gorliwe jak Mary Poppins i uchachane jak Pollyanna, że ja nie wychodzę z garsonki i nienawidzę marnowania choćby minuty; wiadomo, że Zo to znana w kraju i na świecie anarchistka, nieżyczliwa industrializacji, lecz pochylająca się nad maluczkimi oraz bezdomnymi pieskami. blogasek to mały kaprys, taka rozrywka na drodze ku zdobyciu kolejnych tytułów naukowych oraz poszerzaniu wiedzy na temat wychowania potomstwa w duchu chrześcijańskiego uwielbienia dla ryb i nabiału. a że poziom blogaska czasem żenuje, cóż, nie jest łatwo pamiętać o decorum, gdy ma się jeszcze sesje zdjęciową na karku i kilka autografów do podpisania. na szczęście wygląda na to, że świat sie kończy, czyli niedługo będzie można odpocząć.

'Cause this is my United States of Whatever

Etykiety:

czwartek, listopad 15, 2007

FBI to betka

Nie sądziłam, że nadejdzie ta chwila. A tu proszę - będę narzekać na zbyt duże zainteresowanie tym blogiem.
Okazało się, że wyspa przestała być prywatna. Właściwie od początku można się było tego spodziewać, a jednak się zdziwiłam.
Ponieważ wiem, że ludzie z pracy + prywatny blog = wielka kacza kupa ( swoją drogą, że jeszcze nie ma parodii odczytuję jako obelgę), czuję, że pora się pożegnać. I z jednej strony straszliwe żal, a z drugiej... pierdolę, nie ma drugiej - tylko żal.
Najbardziej tego, że to ostatnie miejsce normalności mi zniknie.
Do wiadomych osób: mam nadzieję, że zabawa była tego warta. Gratuluję skuteczności w robieniu ze mnie głupa i słuszności w doborze zawodu. Polecam również najnowszą edycję Big Brothera.
Tak, czy siak - strasznie ciężko obiecać, że już nic nigdy. Na szczęście jestem znana z łamania obietnic, więc nikt się nie zdziwi, jak zmienię zdanie i zacznę znów pisać o tonach smętnych dupereli.
Póki co, cicho tu sobie posiedzę. Może w akcie rewanżu zaspamuję sieć masą suodkich blogasków, albo zostanę trollem.

'Cause this is my United States of Whatever

środa, listopad 07, 2007

Deski, wszędzie deski

Deski są wszędzie.
Deski pierwsze: Śnieg się sypie. Pierwszy śnieg. Znów zaskoczył drogowców. Ja nadal nie umiem jeździć na nartach.
Deski drugie: W związku z powyższym, śmieszy mnie fakt, że muszę zajmować się serwisem narciarskim (tak przez łzy mnie śmieszy)
Deski trzecie: sąsiadkę mamy obłąkaną. Dorwała mnie rano i zagadała na śmierć.
Nie cytuję z litości całości rozmowy. Ale perełki wam nie oszczędzę:
Babcia: Przy naszej windzie najbardziej się brudzi, bo tu aż 5 rodzin mieszka!
Ja: Ale na wszystkich piętrach jest tyle samo mieszkań.
Babcia: Nie interesuje mnie, ile te deski tu stały.
To ostatnie zdanie padło w rozmowie w sumie razy 6. Zawsze w punkt. Nawet próbowałam sobie tłumaczyć, że starość nie radość, że bilobil drogi, że samotność i takie tam, no ale w końcu doszłam do wniosku, że nie interesuje mnie ile te deski tam stały.
I jak tu nie wierzyć w znaki.
Ten znaczy, że zima będzie w dechę :)


'Cause this is my United States of Whatever

niedziela, listopad 04, 2007

Egzystencjalnie

Na gazeta.pl dziś powitał mnie taki tekst: "Jak Cię inwigilują w pracy?".
Setnie się uśmiałam, bo mnie nie inwigilują.
Tak mi się przynajmniej wydawało, dopóki nie zaczęłam się zastanawiać. Łączenie faktów to niebezpieczna zabawa. Jak dziecko, znów wsadzam rękę w ogień i łączę jakieś duperele, nic nie znaczące głupie teksty. Jakieś brakujące maile, dziwne zainteresowanie szefów absolutnie prozaicznymi faktami, kilka dziwnych uśmiechów, zaskakujące cytaty i inne śmieci.
Pokleiłam to wszystko w sprytną teorię spiskową i zaczynam się bać.
Wygląda na to bowiem, że inwigilują, monitorują i szpiegują całodobowo. I tak wolę wierzyć, że to tylko dziwne zbiegi okoliczności.
Najlepiej w tej kwestii ma Jakuzz, której szefowa nigdy nie sprawdza, zwykle śpi i przenigdy nic nie insynuuje.
Meanwhile, pojawia się jakaś nowa opcja zatrudnienia za większe pieniądze, mniejsze obowiązki i w dodatku blisko domu. Resztki poczucia przyzwoitości, zmienna, ale jednak radość z pracy obecnej oraz pogarda dla pieniędzy (no przecież nie zmienię pracy ze względu na kasę, bo trzeba się będzie głośno przyznać, że dorosłam i przemawia do mnie opcja mieszkania) sprawiają, że top opcja raczej bez szans. Raczej, bo może jednak dorosnę.


'Cause this is my United States of Whatever