Szkoła zen
Kiedyś dawno temu, jeden straszny pan powiedział mi, że te kilka pierwszych lat po studiach to okres, kiedy zrozumiem kim jestem i potem już zawsze będę. Wiem, brzmi to strasznie - ale jaki pan taki kram ( w dodatku, jeśli myślicie, że to kiepska proza, proponuję sięgnąć po prezent do sobotnich Wysokich Obcasów). Z zasady nie wierzę gnojkowi, bo jest starym zgryźliwym dziadem a w dodatku wkręca mnie pasjami w najgłupsze historie ale teraz tak sobie siedzę i myślę, że jednak może coś wie. Nauczył mnie całkiem sporo w sumie i nawet mi tych rozmów brakuje. Właściwie brak ich bardzo. Ale jestem już dużym dzieckiem i pora zacząć sobie radzić.
Tak więc pozdrawiam Was z tego miejsca kiedy nadal nie wiem, kim jestem, ale doskonale się czuję z tym, kim nie jestem. A nie jestem korpoświnią - jakuzz nie chichocz!. To zrozumiałam w tym tygodniu. Jak również to, że ta praca męczy mnie tak bardzo czasem, bo jest w sumie nieustająca walką o tożsamość mą własną. A że jestem leniwa jak cholera a przy tym naiwnie wierzę, że nie zostanę szmatą - strasznie się ciężko odnajdować codziennie w tym bajzlu. No więc się gubię pierdołowato co krok. Ale teraz (może pod wpływem wiosny) myślę sobie, że jednak nadal się nie zeszmaciłam (przynajmniej nie tak bardzo jak mogłabym;)
Osiągam więc fazę zen i zaprzestaję pisania o pracy na blogasku. Jak napiszę - proszę o karę.
A teraz z zupełnie innej beczki - cytat z prezentu do WO:
"Dużo lepiej polować na niedźwiedzia niż zbierać kawałki zwłok" - i jak tu się nie śmiać.
'Cause this is my United States of Whatever