niedziela, luty 24, 2008

Szkoła zen

Dziwaczny tydzień się właśnie kończy. Doskonale się kończy - tak to już bywa z koszmarami. Tak więc w niedzielę wieczorem jest wiosna, wróciła mi wiara w ludzi (tribute to jakuzz i nie tylko) i co zupełnie nowe - weszłam w fazę zen.
Kiedyś dawno temu, jeden straszny pan powiedział mi, że te kilka pierwszych lat po studiach to okres, kiedy zrozumiem kim jestem i potem już zawsze będę. Wiem, brzmi to strasznie - ale jaki pan taki kram ( w dodatku, jeśli myślicie, że to kiepska proza, proponuję sięgnąć po prezent do sobotnich Wysokich Obcasów). Z zasady nie wierzę gnojkowi, bo jest starym zgryźliwym dziadem a w dodatku wkręca mnie pasjami w najgłupsze historie ale teraz tak sobie siedzę i myślę, że jednak może coś wie. Nauczył mnie całkiem sporo w sumie i nawet mi tych rozmów brakuje. Właściwie brak ich bardzo. Ale jestem już dużym dzieckiem i pora zacząć sobie radzić.
Tak więc pozdrawiam Was z tego miejsca kiedy nadal nie wiem, kim jestem, ale doskonale się czuję z tym, kim nie jestem. A nie jestem korpoświnią - jakuzz nie chichocz!. To zrozumiałam w tym tygodniu. Jak również to, że ta praca męczy mnie tak bardzo czasem, bo jest w sumie nieustająca walką o tożsamość mą własną. A że jestem leniwa jak cholera a przy tym naiwnie wierzę, że nie zostanę szmatą - strasznie się ciężko odnajdować codziennie w tym bajzlu. No więc się gubię pierdołowato co krok. Ale teraz (może pod wpływem wiosny) myślę sobie, że jednak nadal się nie zeszmaciłam (przynajmniej nie tak bardzo jak mogłabym;)
Osiągam więc fazę zen i zaprzestaję pisania o pracy na blogasku. Jak napiszę - proszę o karę.

A teraz z zupełnie innej beczki - cytat z prezentu do WO:
"Dużo lepiej polować na niedźwiedzia niż zbierać kawałki zwłok" - i jak tu się nie śmiać.

'Cause this is my United States of Whatever

piątek, luty 22, 2008

suchar

niechcący wykasowałam poprzednią notkę. i mam przed sobą weekend przed komputerem, ciemna strona frilansu, quoi. w dodatku właśnie odkryłam smutne, szare resztki kaktusa, jest to więc drugi ususzony kaktus w moim życiu. a matka twierdzi, że czas na dziecko. heh.
zima mnie już zmęczyła, chociaż nie była to bynajmniej zima stulecia ani też dekady. a jednak. co roku łudzę się, że wraz z wiosną pojawi się silna chęć robienia wieluwielu fajnych rzeczy, znikną zaś przykre staruszki i bałagan. z drugiej strony co roku trochę mniej się jednak łudzę, więc może wcale nie jest tak, że z wiekiem spada zdolność pojmowania prostych prawd życiowych. przynajmniej jakoś czekam na tę wiosnę, a to już jakaś zmiana (swoją drogą linkuję do najdziwniejszej wiosny ever, kiedy rzuciłam ukochaną pracę swą po raz pierwszy i wyjechałam do zasypanej śniegiem Szwecji, przegapiając tym samym prawdziwy początek wiosny w kraju. ale nigdy nie było mi lepiej, podejrzewam. nie wiosną i nie zimą).
czegokolwiek bym nie pisała, suchar jest tylko w doniczce. ogólnie jestem przynajmniej połowicznie zen i znów potrafię słuchać muzyki. dni są czasem zabawniejsze niż kiedykolwiek, a wciąż rozpoznaję siebie z kiedykolwiek - to nadal ja. nie jestem asertywna i nie mam pomysłu na życie, ale to nadal ja. lepiej być nie może.


'Cause this is my United States of Whatever

Etykiety:

piątek, luty 15, 2008

Dzień niespodziewanych olśnień

Cisza na blogu, bo musimy się przecież zająć wreszcie dawno zapowiadaną sławą. Zdejm kapelusz zajmuje wieczory, dni zajmują się same sobą. Dzisiejszy jednak zajął się mną, olśniewając najmniej spodziewanymi odkryciami. W ramach protestu zmieniłam tapetę na białą i wtedy spadł śnieg. Słucham Amy Winehouse, jak zwykle bulimicznie - tylko jednej piosenki. W autobusie zrozumiałam, że czasem chciałabym być jednym z tych ludzi, którzy są estetyczni jak wystawy w Zarze, wyspani i mają ładne fryzury. Potem popatrzyłam na własne stare buty i zrozumiałam, że już się chyba nie zmienię: tak będę zawsze człapać z szalikiem większym niż rozumek, w rozwianym płaszczu, bez planu na życie. Strasznie się cieszę.
Między pierwszą a druga kawą przyszła świadomość, że miewam niepokojące migotania przedsionków, bynajmniej nie na tle nerwowym. Z poczty wyłonił się zaś straszny G., którego jeszcze nie olśniło i chyba nie pozostaje mi nic innego, jak wnieść sprawę do sądu.
Potem olśnienie telefoniczno-rodzinne. Jedno egzystencjalne, jedno towarzyskie. Głowa mi spuchła od tych odkryć, szczęśliwie jakuzz uratowała przed myślawką, grając w podrzuconą przez korpoludki grę filmowo-ch...wą. Teraz bolą mnie już mięśnie od śmiechu i nawet śnieg mnie wzrusza.
W dodatku, to wszystko nic, bo po tej śnieżycy będzie wiosna i znów będzie pachnieć psią kupą.

wtorek, luty 12, 2008

spotkania trzeciego stopnia

Czasem próbuję zrozumieć, na czym polega fenomen naszego stosunkowo rzadkiego blogowania na Wyspie. Nie, żeby ktoś płakał, ale się zastanawiam.
Tymczasem - strzałeczka na mierniku mojej love-hate relationship z zawodem lektorki przesunęła się niebezpiecznie w stronę L, tak więc od kilku dni trwam w jakimś pozytywnym amoku, bo to jedyny zawód, w którym moje CV może zrobić wrażenie. "Czas pogodzić się z faktem, że do niczego innego się nie nadaję, a siedzenie nad tłumaczeniami mnie zazwyczaj nudzi" - rzekłam i uruchomiłam maszynę do szukania pracy. To wręcz niepokojące, jak łatwy był to proces. Na ostatniej rozmowie kwalifikacyjnej byłam w 2004 roku i nie miałam pojęcia, że jestem taka zajebista. Krótko mówiąc, już mi się niemal znudziło, no bo co to wyzwanie. Ale czy ja lubię wyzwania. Hm. Niektóre. I tylko teoretycznie. Na razie prawdziwym wyzwaniem jest wyścig po sławę, a lektorować sobie będę czasami i pewnie niedługo, bo rzucanie pracy to już niemal hobby. Byle nie biurko, byle nie cyrograf na osiem godzin dziennie. Fuj.

Poza tym zrobiło się lepiej, bo zachciało mi się wielu rzeczy, o których zdążyłam zapomnieć. Myślę sobie do siebie, idąc ulicą jak żywa reklama znakomitej większości kolorów występujących w przyrodzie, że wszystko będzie dobrze. A wiadomo, jak często tak myślę. Nieczęsto. Takie dni szumią gazetami, których nie czytam, terkoczą jak młot pneumatyczny, ale taki słyszalny z oddali, właściwie taki, jak gdy zamyka się okno i już ledwo go słychać i czujemy niesamowitą ulgę. I wtedy mogę siedzieć na podłodze, wpatrywać się w jakieś wewnętrzne pejzaże i nie podpisywać ich "tak musi być", ale "tak miało być".
_______________

EDIT! EDIT!: bo zajrzałam do statystyk i mam świeżą porcję lutowych haseł z wyszukiwarek, którymi MUSZĘ się podzielić (uwagi w nawiasach moje):
- coorvah (oczywiście)
- toksyczna martwica naskórka
- wyspa dup (dzięki)
- pękła półka szklana (warto podzielić się tym z googlem)
- wpierdzielaj kisiel
- masowanie dupy (ech, pracuje sie w usługach...)
- największa kurwa na świecie (ech, pracuje się w usługach i jest się największą na świecie)
- która godzina w atlancie (ech, jest się zegarynką)
- poranna biegunka i nudności oraz wymioty (jeden! jeden cholerny wpis o skutach ubocznych i wchodzą nam tu jacyś zboczeńcy)
- co jest w dupie (cóż ach cóż)

'Cause this is my United States of Whatever

Etykiety: ,

wtorek, luty 05, 2008

i co? nico

Miało być optymistycznie i radośnie. Wczoraj jednak nie udało się wrzucić noci, bo router zapodał focha. Dziś plan był sprytny, że ukradnę chwilę własnego czasu sprzedanego korpo i kawałek transferu i będę tu siać optymizm. Ale się nie dało, bo przecież mamy nowy sport koporacyjny polegający na zadawaniu współpracownikom co sekundę pytań, których nie można zbyć zwykłym "Tak" lub "Nie". Nie będzie więc miło, wybaczcie.
Do wielkiego już wora z rzeczami, których nie potrafię dorzucam kolejne:
- nie potrafię myśleć - nie chodzi o jakieś specyficzne, logiczne czy abstrakcyjne myślenie, ale o czynność samą w sobie
- absolutnie nie znam się na tym, do czego sprzedaję się korpo
- nie umiem dorosnąć
- nie rozumiem 90% ludzkich zachowań
i co chyba najgorsze nie umiem przestać się przejmować. Nie umiem nawet chcieć przestać.
Po dokładnie niemal 14 miesiącach "dorosłości" czuję się wymiętoszona, wyprana, wypompowana i zmieniona. I to nie ta "dorosłość" mnie znurała, ale ja sama. Nikt nie kazał się zakochać w tym co robię, nikt nie kazał wierzyć - sama chciałam. Potem było boskie poczucie, że się wreszcie do czegoś nadaję. Mocno wspierane przez korpo. Potem przyszedł uberkorpor i powiedział, że się wypalę i dowalił na wszelki wypadek drugie tyle roboty, żebym się przypadkiem nie wypaliła z nudów. I było nadal dobrze, chociaż ze zmęczenia czasem leciała krew z nosa i straciłam wszystko, co było kiedyś życiem. Wtedy zagryzałam zęby, piłam jeszcze więcej kawy i tłumaczyłam sobie, że to minie, że wystarczy się wyspać. Bo chciałam wierzyć, że jednak potrafię żyć sensownie.
A dziś przyszedł uberkorper i tak od niechcenia rzucił, że ta krew z nosa, to moje życie beze mnie, te odkładane wakacje i wrzody jak pięści to trochę za mało, a trochę bez sensu. Oczywiście nie tak to powiedział, ale w dupie mam co myślał, dla mnie znaczy to właśnie tyle.
Teraz mogę spokojnie wypić drinka i zastanowić się, co dalej. Tylko, że teraz leci mi z nosa krew, a w dodatku wiem, że nic nie wymyślę.
O i taki to właśnie optymizm w moim wykonaniu.
'Cause this is my United States of Whatever

poniedziałek, luty 04, 2008

koncert na harfę i jeszcze dwie harfy

Odkąd czas jako taki przestał istnieć, poranki mogą zaczynać się równie dobrze wieczorem albo wcale się mogą nie zaczynać, coraz dziwniej mi z tym. Może to przez zimę. W każdym razie czas odliczam zazwyczaj kolejnymi odsłuchiwanymi płytami, last.fm mi je regularnie przestaje scrobblować i ja go wtedy muszę karcić i na nowo instalować, a to już niemal obowiązek. Czasem w takiej niemej zadumie przyglądam się swoim paznokciom, tak, to stały temat, i zastanawiam, po co rosną. Paznokcie i zęby. I włosy. Jesli zastanawiam się nad tym zbyt długo, klimat robi się co najmniej oświęcimski i muszę szybko zamknąć oczy i coś krzyknąć, tak to działa. Mniej więcej jak karcenie last.fm. A dzisiaj zrobiłam taką kawę, że smakowała jak cukierki kawowe, to zdanie jest, owszem, absurdalne, bo to pewnie cukierki powinny smakować jak kawa, ale nie wiemy tego na pewno. Zresztą nie to jest kluczem, kluczem jest gęstość smaku dzisiejszej kawy. Hipergęstość. Jestem z siebie dumna. Potem zrobiłam kolejną i jej smak był już cokolwiek zwietrzały. W dodatku problem jest taki, że gdyby wparował tu teraz książę na białym koniu niosąc paczkę Marlboro, ewentualnie cała dziesiątka największych sercołamaczy w historii kina, wiedzy i życia, dzierżąc, analogicznie, jedną paczkę Marlboro, ich problem jak, i tak wybrałabym Marlboro. Inne marki mogłyby przyprawić mnie o trzepot serca i myśl o białym koniu. Względnie rycerzu.


'Cause this is my United States of Whatever

Etykiety:

piątek, luty 01, 2008

krajobraz z popędzidłem

byłam dziś z Kazz na wystawie Sasnala w Zachęcie - tak na fali paryskiego zachwytu przestrzenią muzealną - i wzruszyły mnie dokładnie 3 filmy i ze 2 obrazy, myślę. to nieźle.
dostałam pytanie, czy na pewno tak właśnie chcę żyć, no cóż to jest za pytanie. nie. ale inaczej też nie chcę.
a potem rozmawiam z Zo o pogrzebach i wyszło mi, że byłam na sześciu. dwóch osób wciąż mi brakuje.
mam czasem dziwne wrażenie, że ktoś czeka na konkretne wyniki, a ode mnie ich nie dostanie. to mnie męczy, takie wyczekiwanie. potem rozumiem, że tylko ja czekam.
żeby odwrócić ten ponury telegraficzny klimat, telenowela: wymyślamy z Ka śmierć przez uduszenie w pokoju. nadal nie wiemy, ile godzin mogłybyśmy umierać w szczelnie zamkniętym czy zacementowanym pomieszczeniu. Artur mówi, że kilka, Ka się nie zgadza. ja myślę tylko, czy podczas procesu umierania nie zachce mi się siku. Ka ma pomysł - może powietrze przenika też przez ściany, jak dźwięk. ale nie. ja mam pomysł - może dźwięk jest materialny, np. jest stadem małych mróweczek, tylko biegną tak szybko, że nikt ich nie zobaczy. no może superman. reszta w nastepnym odcinku.

'Cause this is my United States of Whatever

Etykiety: