Notka jubileuszowa, którą miałyśmy stworzyć razem, ale jakoś nam nie wyszło. Korzystam więc z faktu, że Zo wyjechała do rodzinnego domu, a ja jako zła i wyrodna córka olałam święta i siedzę w Warszawie. Voila, historia Wyspy.
1. Zaczęło się na długo przed
pierwszym wpisem, gdy w najbrzydszym budynku akademickim świata spotkałyśmy się - z racji nazwisk na I i J, w jednej grupie językowej. Jeśli dobrze pamiętam, nawet nie w budunku, a przed - nic tak nie zbliża jak przerwa na papierosa. Zo nosiła wtedy czerwienie i beże, ja nosiłam glany i długie włosy, obie zaś bałyśmy się ludzi i nadmiernej ilości zajęć.
2. Przez kolejne cztery lata wagarowałyśmy na potęgę, snułyśmy plany podboju świata, odkrywałyśmy kolejne knajpy na Dobrej czy Pradze i walczyłyśmy z alkoholizmem. Zo nie nosiła już czerwieni i beży [edit: beżów? beży?], ja coraz rzadziej zakładałam glany, a włosy ścięła mi Ulala już na pierwszym roku i tak zostało.
3. Po czwartym roku pomysł założenia bloga był już wyjątkowo silny. Motywacją stał się mój wyjazd do Stanów, gdzie polski numer komórkowy nie działa, najłatwiej więc było komunikować się ze wszystkimi przez Internet. Niechęć do pisania maili pozostawiła tylko jedną opcję - blogasek.
4. Nazwy są niemalże dwie - w adresie "psichy", w tytule - "wyspa". Geneza pierwszej - podczas przeglądu filmów rosyjskich zachwyciła mnie bajka o jeżyku i sowa, która mówi do rzeczonego jeżyka "psich". Słowo na stałe trafiło do słownika uczelnianego fanklubu. Wyspę zbudowałyśmy kiedyś z klocków - tak, tak, plastikowych klocków z Carrefoura, które mi Zo ofiarowała na któreś tam urodziny. W momencie straszliwego rozczarowania rzeczywistością wybudowana wyspa stała się najlepszym miejscem ucieczki. Klocki mam do dzisiaj, czasem się przydają.
5. Na początku było zabawnie i nieudolnie. W ju-es-ej nie miałam polskich znaków, miałam za to różnicę czasu, dzięki czemu mogłam się w komentarzach komunikować z nielicznymi czytelnikami w czasie rzeczywistym (zazwyczaj udawało mi się zasypiać nad ranem).
Warto było.
6. Zo
powróciła z Mongolii, ja
powróciłam z Gwatemali i na polu twórczości blogaskowej zaczęło się przejaśniać.
7. Nie na długo. Od tej pory wyspa stała się zapisem walki z depresją, zimą i kacem. Ktoś wykorzysta to kiedyś w naszych biografiach.
8. Mimo wcześniejszym założeń, zdjęcia pojawiają się rzadko. Tylko raz ujawniłyśmy twarze - oraz twarz Karoliny przy okazji - opisując straszliwe nieporozumienie na tle poglądowo-seksualnym. Ale zdjęcia pozwalają zrozumieć, dlaczego nastąpiło.
9. Nadal stosunkowo nieliczne grono czytelników wiernie towarzyszy nam w trudnym procesie samodoskonalenia. Ja najwyraźniej marzę o
byciu antypatyczną, Zo marzy o
byciu opiniotwórczą. Jak gazeta.
10. Mimo wielu obietnic w tym stylu raczej nie przestaniemy pisać blogaska. Nie w najbliższej przyszłości. Niniejszym życzymy sobie wszystkiego najlepszego z okazji trzysetnego wpisu!
'Cause this is my United States of Whatever
Etykiety: blog, jubileusz, sława