środa, kwiecień 30, 2008

ponaddźwiękowość

są rzeczy, których nie potrafię zwerbalizować, czas się z tym pogodzić.

tymczasem - zatrzymałam się na etapie wczoraj, które w momencie pisania notki jest już przedwczoraj, ale nie to się liczy. wczoraj będzie pochwałą praesens historicum. otóż wczoraj wspinam się na wyżyny odwagi i wysyłam PITa. tego typu sytuacje wprawiają mnie zazwyczaj w stan co najmniej paniki i nie jest to blogaskowa przesada, ja autentycznie panikuję przy czynościach raczej codziennych typu chodzenie na pocztę, przestrzeganie terminów czy wykonywanie telefonów. wspinaczka na wyżyny odwagi kończy się sukcesem, gładko przechodzę więc z rejonu paniki w teren dużo bardziej sielankowy, nadmiar energii niesie mnie przez most śląsko-dąbrowski oraz wiele stanów emocjonalnych, w tym przekonanie o chwilowym zawieszeniu czasu, co nie wydaje się wprawdzie stanem emocjonalnym, ale nim jest. czas zawiesza się raczej ociężale, początkowo więc zwalniam i na samym środku mostu dopiero następuje całkowity, acz przejściowy halt. głupio zastanawiam się, jak wiele zmieni moje pozostanie w tym właśnie miejscu na naprawdę długo. albo czy przy odpowiednim skupieniu zorientuję się, że jestem zupełnie gdzie indziej, na przykład w hiszpanii. to nie jest takie do końca niemożliwe wszak, zwłaszcza w praesens historicum. doświadczam jednak słońca i silnej potrzeby zaprzestania takich rozważań, idę więc dalej, a tam pan smarka prosto na chodnik z użyciem siły grawitacji. jakież znaczenie ma wtedy praesens historicum? o wiele większe miałby czas przeszły, a wręcz prehistoria, gdyż tak właśnie datuję zasadnośc tego typu zachowań. w międzyczasie nastąpiła przecież rewolucja, jaką było wynalezienie chusteczek higienicznych i gestu maskującego. zaczynam jednak oddalać się od pochwały praesens historicum, a tego nie chcemy, każdy chciałby przecież skupiać się na konkrecie i pozytywie. pozytyw, moi drodzy, jest następujący - wbrew temu, co mówi woody allen, dzisiaj nie jest dzisiaj. mamy praesens historicum i poza dzisiaj nadal jest wczoraj. żeby był też konkret, wybierzcie sobie jakieś naprawdę dobre wczoraj, wtedy nic się nigdy nie musi kończyć.


'Cause this is my United States of Whatever

Etykiety: ,

niedziela, kwiecień 20, 2008

Sama nie wiem

Po intensywnych napadach paniki nadeszła pora spokojna, pora sucha i bezpieczna. Kołatanie przedsionków zanikło po odstawieniu kawy. Całkowitym, heroicznym wykluczeniu kofeiny. Może to przez jej brak mi tak nijak, tak matowo i nawet nie smutno, nawet nie źle. Nadal czytam Mrożka (waży z pół kilo, ale czytam długo, żeby nie przegapić nic, nic nie uronić) i co chwila się zachwycam znów. Cytat dnia na każdą okazję ma, o proszę:
"Z grubsza jest tak: najlepiej, kiedy wejdę w jaką pracę. Nieźle, kiedy zabierają mnie wydarzenia, awantury, podróże. Ciężko, ale znośnie, kiedy wystarcza mi sił i dyscypliny na tuptanie i krzątanie się (sprawy, sprawy, spraweczki, małe rybki, każda ma tylko jeden ząbek, ale kiedy ich tysiące - wykrwawią). Najgorzej, kiedy pisać już nie mogę, kiedy nic się nie dzieje i kiedy brak mi dyscypliny i cierpliwości dla rybek. Wtedy zasiadam palę i piję"
No więc tak, nic się nie dzieje, nie piję, nie palę, nie mam siły i dyscypliny. Nawet myślawki gdzieś sie pogubiły. Znów słucham Fisza a to nic dobrego nie wróży. Zamotałam się, we własne nogi zaplątałam, próbowałam samej sobie udowodnić coś i w połowie drogi zapomniałam, co konkretnie. Nawet ja nie jestem tak głupia, żeby wierzyć wywodom bez tezy i bez dowodu.
Wbrew pozorom wcale nie jest źle jakoś wybitnie. Wiosna jest, mam piękny ogród w pokoju. Oglądam ładne filmy, czytam Mrożka, doskonale się bawię w tę ciuciubabkę z rozumem.
W tym wszystkim brakuje tylko uczucia, że jeśli świat się za chwilę skończy, to nic i tak mi wrażeń wystarczy, wystarczy. Chciałabym, jak dawniej było, zjadać świat jak pomarańcze. Ale brak mi apetytu. Zestarzałam się jednak nie tylko czernią pod oczami. Rozum mi się zestarzał. Zszarzał. To z jednej strony dobrze, bo więcej odcieni szarości widzę, patrzę mniej zero jedynkowo, ale z tej drugiej (bo zawsze druga być musi) wszystkie kolory straciły na intensywności. Teraz świat wygląda trochę jak po wypraniu w naszej najdroższej na świecie pralce.

'Cause this is my United States of Whatever

Etykiety: ,

wtorek, kwiecień 08, 2008

filozofia strachu i ucieczki

tak bardzo chcę wyjechać, że aż zaczyna mnie to zastanawiać.
mimo strachu przez zagubieniem się w książkach znów sięgam po "extremely loud & incredibly close", tym razem jako powieść o nowym jorku



moja pierwsza porządna ucieczka, jeśli dobrze pamiętam. trzy miesiące odzyskiwania wspomnień i uczenia się zdrowych reakcji. pod tamtym niebem też nie potrafiłam spać, godzinami myślałam więc, czy wrócę, a jeśli tak, to dlaczego.

did it ever occur to you that things might be more complicated than they seem?
that occurs to me all the time


gdy Zo pisze o rzeczach, które mogły się zdarzyć, mnie wydaje się, że każdy wybór zaprowadziłby mnie dokładnie w to samo miejsce, niekoniecznie w sensie geograficznym. w moim małym świecie wybory składają się właśnie z ucieczek i powrotów, a z ucieczek się wraca, ucieczki są "od" lub "do" i w którymś momencie możliwe ścieżki zawsze się jakoś przetną, przynamniej dopóki nie opanujemy zaginania czasoprzestrzeni.

and also, there are so many times when you need to make a quick escape, but humans don't have their own wings, or not yet, anyway, so what about a birdseed shirt?

wtedy bałam się, że nigdy nie sprawdzę, co by było, gdyby. gdy dokładnie tydzień po powrocie i dwa przez kolejnym wyjazdem - do punktu, w którym jestem teraz - oglądałam w telewizji sfruwające z okien ciała, nadal nie wiedziałam, czy bycie TU zamiast TAM w jakikolwiek sposób zabezpiecza przed upadkiem.
ale pomyśl, Zo, mogłaś mnie nigdy nie poznać. poza tym nie da się nie podjąć decyzji, to jasne, a więc zawsze jesteś nad kreską. a po trzecie i ostatnie - pracuję nad tą czasoprzestrzenią:)

'Cause this is my United States of Whatever

Etykiety: ,

poniedziałek, kwiecień 07, 2008

Zima, wiosna i zima

Chciałam tylko powiedzieć, że już oficjalnie kompletnie mi odbiło. Jeśli potrzebujecie koniecznie utrudnić sobie życie, służę pomocą.
Własne udało mi się już tak poplątać, że gubię się zanim wyjdę z pokoju. Nie pomaga nawet korespondencja Mrożka. W jednej chwili wszystko jest jasne i wydaje się, że wiosna już. Kawa smakuje kawą, papierosy na wietrze nie gasną, nawet włosy zaczynają się układać. Przyjmuję do wiadomości, że moje ulubione buty są straszne i mnie to nie martwi. Jedziemy pociągiem do Wrocławia, łazimy nocą po mieście, odmrażamy tyłki i jest jakoś tak prawdziwie. Nawet przez chwilę nie zastanawiam się, co by było gdyby.
Potem przy piwie Jakuzz mówi, że chciałaby mieć okulary, w których widziałaby Kazika i mnie w wieku przedszkolnym. I my też chcemy takie okulary. Ja chcę jeszcze takie, przez które widziałabym te "drugie możliwości", które odrzucałam podejmując wszystkie decyzje.
Wtedy, w środku nocy w knajpie zwanej "Mleczarnia", ileśset kilometrów od "domu" znów zaczyna się zima. Wracamy do Warszawy i cały dzień nie mam siły wstać z łóżka. Pewnie nawet trochę ze zmęczenia. Czytam Mrożka jednym okiem. "Można się umówić, że człowiek ledwo żyje i wystarczająco zasługuje na litość, żeby go zostawić w spokoju. Nie pozbawiać go nędznych i śmiesznych skorupek, które sobie z mozołem kleci, żeby się w nie schować i jako tako przeczekać, aż się to wszystko skończy."
Ubieram się szybko, żeby uciec od Mrożka, niemocy i tych strasznych pytań, które powoli zarastają mi głowę. Wracam powoli i sama wiem, że to co właśnie zrobię, będzie niczym innym jak tłuczeniem własnej skorupki. Całkiem się już gubię w tym co ważne, dobre, straszne, głupie, żadne. Zima za oknem, bez śniegu i z +5, ale i tak przypomina się ten czas
Szczerze miałam nadzieję, że już nigdy. I tak długo się udawało.

'Cause this is my United States of Whatever

Etykiety: ,

czwartek, kwiecień 03, 2008

joł

No więc żyję, wiadomo. Żeby nie było mi więcej smutno, nabyłam Tadeusza. Właściwie miały to być jakieś książki, ale gdy już zebrałam przyjemny stosik,przestraszyłam się, że niewiele z nich zrozumiem albo całkiem się pogubię. To nie jest bynajmniej trudne, zgubić się w książce, prawda.
Jest więc Tadeusz:

I będziemy żyli długo i szczęśliwie.

'Cause this is my United States of Whatever

Etykiety: