niedziela, lipiec 20, 2008

Stare listy pachną kurzem i smutkiem

Przeczytałam najsmutniejszy list świata. List smutny aż rozdzierająco. Nasączony kawą i papierosami i bólem. Straszny. I to ja go kiedyś napisałam. Potem darłam na części i wrzuciłam do pudła. Teraz pudło stoi i czeka. A ja posklejałam te kawałki i czytam. I płaczę. Ale takim płaczem suchym. W tym liście kiedyś napisałam, że serce mi pęka i ono pękło faktycznie. Pisałam, że się pogubiłam. Że nie wiem, jak dalej i czy warto. Ale warto, widzę teraz. Mija wszytko.
Obok leżał list już nie mój, ale do mnie. List napisał Paweł. Strasznie dawno. I zapomniałam, że Paweł był kiedyś i pisał listy. Uśmiecham się teraz, czytając koniec listu. A na końcu: " Jeszcze o tym nie wiesz, ale za chwilę do Ciebie zadzwonię. Idę teraz do budki. Mam nadzieję, że będziesz w domu i odbierzesz." I tak sobie myślę, że ludzie kiedyś dzwonili z budek. I że szkoda, że nie piszemy listów. Nie trzymamy ich w pudełkach. Że musimy dorastać. I nawet gdybym teraz miała napisać list, to już nigdy nie mógłby być tak smutny. I piękny.

'Cause this is my United States of Whatever

niedziela, lipiec 13, 2008

piękne te burze ostatnio

ogólnie jest burzowo
jeszcze troszkę, jeszcze chwila i wakacje
łuuu
i słuchajcie, nareszcie nastąpiło karaoke
wiekopomna chwila uwieczniona przez Zosię, ale nie pokażemy
chyba
oraz wczoraj muzyczny spacer po Pradze
było mniej więcej tak
z radością zauważam, że moje umęczone kacem oblicze nie załapało się na żadne zdjęcie
ze smutkiem zauważam, że nadal tęsknię za Pragą
tymczasem Śródmieście każe wracać do pracy
ciao


'Cause this is my United States of Whatever

Etykiety: ,

piątek, lipiec 11, 2008

jak się to robi w warszawie

w warszawie ma się tak
najpierw irracjonalny atak paniki, który przyszpila pompkę tłoczącą krew, a wtedy ciężko się oddycha
idzie się również z trudem. i potyka. i kupuje książki, i ogląda słabe wystawy.
nie to jest ważne, nie to. najważniejsze, że ulice nadal huczą i huśtawki się kołyszą. już wiem, że nie zawsze będę huczała z nimi, kołysała się z nimi. to nie dla mnie. ale jeszcze trochę.
ostatnio było tak bezpiecznie, że zapomniałam o wielu środkach ostrożności. zgubiłam się w trzy sekundy podczas jednej jedynej rozmowy telefonicznej.
i ziuuu. maszyna czasu przenosi mnie tam, gdzie niczego nie pamiętam, ale jest komentarz z tu i teraz, który jakoś nie przystaje do mojej bezpiecznej wersji. budzę się i powieki nie chcą się rozkleić. to nie przenośnia. to nie przedwiośnie. one nie chcą.
są jeszcze różne środki doraźne. biorę. zawieszam się na myśli o szerokich autostradach i wąskich dróżkach, wbijam sobie paznokcie w dłonie, naprawdę, tak mijam połowę marszałkowskiej, potem już tylko beztrosko dryfuję, no jest to jakiś sposób.
szybciej niż środki doraźne uziemiły mnie inne sygnały. stare plakaty na przykład, casting do you can dance, jakiś wyścig spermy czy coś, gdynia i heineken, otwarty fundusz emerytalny. takie silne dowody na zasadność zdarzeń znanych tylko i wyłącznie z maszyny czasu. a skoro tak, to trudno, to widocznie muszą tak wisieć one, te zdarzenia, obłazić powoli i straszyć. niemal -niemal - zaczyna mi się to podobać. tak się to robi w warszawie. i wszędzie.


'Cause this is my United States of Whatever

Etykiety: , ,

sobota, lipiec 05, 2008

Kto by pomyślał, że lubię rosyjskie kino

A właśnie widziałam "Kierowcę dla Wiery" i nadal ciężko oddycham. Wracałam cichą jak nigdy Warszawą i kiedy pojawiła się przede mną Pani, która utykała jak Wiera, zrobiło się strasznie smutno. W uszach ciągle twist i włoskie piosenki, których w filmie pełno. Zupełnie bez sensu przypomniały mi się strasznie dawne wakacje, kiedy znikałam bez końca. Chciałabym zniknąć znów. Nie potrafię. Podświadomość kompensuje serwując sny o zwierzętach uciekających z zoo. Potem się budzę i nadal nie znikam. Znów wychodzę z domu, zamykam oczy w windzie, na dworze gorąco i śmierdzi spalinami i wtedy już wiem, że nie nieznikalność zostanie na dobre. Łapię się myśli o wolnym dniu nad morzem, zupełnie jak by to był miesiąc na równiku, albo chociaż lot balonem. Mogę teraz spać, albo słuchać najsmutniejszej muzyki na świecie i zastanawiać się, czy kiedyś jeszcze zapomnę, że są dni pełne smutnego słońca, kiedy muszę kupować kolejne kwiatki, żeby się nie połkać. Potem usłyszę znów, że jestem niegrzeczna i nawet nie spróbuję się tłumaczyć.
Do filmu ma się to wszystko tylko tak, że po nim właśnie się wszystko krystalizuje.
'Cause this is my United States of Whatever

Etykiety:

wtorek, lipiec 01, 2008

cisza na morzu

nic, bo nic
praca i inne przeboje
znów mi się śni, ale też znów nie dosypiam
wyszło nam, że większość Ulubionych Znajomych ze studiów nie spieszy(ła) się z magisterką
dziś DIVA! kibicujcie, a wieczorem pijemy
groovy




'Cause this is my United States of Whatever

Etykiety: